Category Archives: Zawsze na odtwarzaczu

Zawsze na odtwarzaczu vol.4 by Klepz

Przede wszystkim trzeba sobie zdać sprawę, że wybranie 20 numerów podczas gdy na moim ugryzionym jabłku (hejtuj!) ląduje tony przeważnie dobrej i różnej muzyki, jest zadaniem niewykonalnym. Nie mam tak,że zawsze trzymam największych faworytów na odtwarzaczu bo zwyczajnie słucham na zajawce czegoś innego. Ale jeśli już miałbym wybrać te szlagiery które zabrałbym na bezludną, te które najbardziej przekatowałem w karierze, te które zrobiły na mnie największe wrażenie, to skład prezentowałby się mniej więcej tak (z tym, że duży wpływ na selekcje ma to czego słucham współcześnie, rzecz jasna; za rok powinniśmy zrobić nową listę i pewnie byłaby zgoła inna):

1. A Tribe Called Quest – „Check The Rhime”

„You on point Phife? All the time, Tip. You on point Phife? All the time, Tip”. Nie byłbym sobą gdybym nie umieścił na wejściu czegoś z The Low End Theory – zdecydowanie mój numer jeden jeżeli chodzi o długograje Trajbów. Najmniej przebojowy krążek spośród wielkiej trójki, w którą oprócz TLET wchodzą „Midnight Marauders” oraz „Beats, Rhymes & Life”, ale za to najbardziej wciągający i najbliższy jazzowym brzmieniom. Po tym przełomowym dokonaniu, Q-Tip i Phife Dawg nigdy już nie osiągnęli podobnej chemii ,i zrozumienia, o czym dobitnie świadczy właśnie „Check The Rhime”. Swoboda, wyczucie, niezmierzona ilość vibe`u, ATCQ Utra!!!

2. Radiohead – „Paranoid Android”

Kurwa, łapie się na tym,że wrzucam tu nagrania z moich topowych albumów. Wydarzenia na tej płycie (OK Computer) zakrawają o jakieś czary, sztuczki , kontakty z diabłem. Bo jak może imponować zawodzący wokal na tle rozmytych, trwających zazwyczaj po 4, 5 minut produkcji?  Nie pokuszę się o odpowiedź na to pytanie, zapewne jak i wszyscy, którzy uzależnili się od Radiogłowych. „Paranoid Android” każdym dźwiękiem doskonale oddaje kondycję naszych czasów, jest po prostu smutno piękne, powoli narasta by w samym środku kompozycji osiągnąć apogeum. Po punkcie kulminacyjnym następuje moment „oczyszczenia”, a całość zwieńcza mocna, chaotyczna końcówka – bardzo „rockowy” numer. Polecam posłuchać nocą, w pustym pokoju. !.

3. Jamiroquai – „Cosmic Girl”

Mówią, że tylko czarni potrafią  skakać grać funk, taa, mówią dopóki nie wrzucą czegoś z repertuaru Jay Kaya i spółki. Typowy, klubowy wyjadacz. Zręczne połączenie funk`u z disco nie pozwala nam pozostać biernym wysyłając tyłki na parkiet, a w domowym zaciszu świetnie ćwiczy kark. Świat byłby piękniejszy gdyby takie rzeczy grano w miejskiej komunikacji.

4. Jaylib – „The Red”

Przyznaje się, nie znam wszystkiego w czym maczał palce Jay Dee, ale śmiało głoszę pogląd „j dilla changed my life”. Tym bardziej nie jestem w stanie ogarnąć twórczości Madliba bo kto normalny nieustannie przez 20 lat, nie wychodząc z domu, słuchałby każdego dźwięku który wydał ten Koleś?! Jednak pomimo tych braków jestem pewien ,że to właśnie takimi nagraniami jak „The Red”, zdefiniowali brudny, podziemny, alternatywy hiphop, tzw. „raw rap”. A potem po kolei będę Ci puszczał wszystko z „Champion Sound”, żebyś wiedział jak to się robi i dlaczego Ty nie powinieneś tego robić.!

5. Gorillaz – „Clint Eastwood”

Najpierw była fascynacja klipem, już dzisiaj znanymi na cały świat i charakterystycznymi animacjami dla „wirtualnego bandu”. Potem wyczulony na to co dobre umysł nastolatka zaczął pytać o co chodzi z tymi Gorillaz i kto tak naprawdę stoi za „Clint Eastwood”?  Kilkadziesiąt minut istotnie godnej uwagi muzyki otrzymaliśmy od goryli, ale do dziś jestem zdania, że nic nie sięgnęło poziomu singla z debiutanckiego krążka „Gorillaz”. Kapitalnie w melodię rodem z „The Good, The Bad and The Ugly”, wkomponował się z refrenem Damon Albarn. To jeden z tych kawałków, które można słuchać dalej niż do porzygu.

6. Jay-Z – 99 Problems

Historia powstania tego jointa jest legendarna i kultowa. Jay-Z pracując nad materiałem na „Black Album” miał zjawić się w szalonym mieszkaniu ekscentryka Rick`a Rubin`a, gdzie słysząc pierwsze „szkice” i riffy, które stały się podwalinami pod „99 Problems”, przewinął z głowy prawdziwą petardę. Proces twórczy męża Beyonce był znany od dawna, ale to od tego momentu upowszechniło się twierdzenie, że Jay nie zapisuje swoich tekstów, rzucając słowa do majka na „żywca” (nie mamy tu do czynienia z freestylem). Ile w tym jest prawdy, a ile legendy i ile tracków powstało w ten sposób – ciężko ocenić. Ale tylko idiota zawracałby sobie tym głowę. Nie wiem czy jest to najlepszy track Jaya-Z. Wiem jedynie, że jest to jeden z moich absolutnych rapowanych faworytów.

7. Kanye West – „All Falls Down”

Numer z czasów gdy Ye był jeszcze człowiekiem, jednym z nas i nagrywał „ludzkie” kawałki, po mistrzowsku wplatając soulowe sample w hiphopową retorykę. Dziś jest samozwańczym bogiem tworzącym dla „bogów”. Jedna rzecz wciąż pozostaje niezmienna: zarówno w czasach debitu (2004) z którego pochodzi „All Falls Down”, gdy z rapem był „na cześć”, jak i obecnie, zostawiając lata świetlne za plecami rap grę i nieustannie przesuwając jej granicę – Skurwiel za każdym razem potrafi skupić na sobie uwagę słuchaczy jak nikt inny w tym biznesie.  

8. The Clash – „London Calling”

Kiedyś gdzieś pisałem, że dobre, odporne na proces „starzenia”, nagrania, cechuje idealne oddanie klimatu miejsca i czasu w którym były nagrywane. Tak właśnie jest z „London Calling”, ukazującym zniszczony oceanem używek, zmęczony latami 70tymi – Londyn, a i w szerszej perspektywie cały kraj. „The ice age is coming, the sun is zooming in/Meltdown expected and the wheat is growing thin/Engines stop running, but I have no fear/London is drowning, and I live by the river” autentyczny głos wokalu Strummer`a to świadectwo kondycji kulturowego tygla i zwiastun nieuchronnych zmian. Ewoluowała także muzyka The Clash, punk w najczystszym wydaniu, okraszono funkiem, soulem, reggae, ska, a nawet jazzem i elementami popu. Dzięki czemu – pomimo krajobrazu jaki wyłania się z nagrania – jest tu pozytywny wydźwięk i nadzieja.

9. The Roots – „Clones”

Typowym zjawiskiem dla każdego rap zespołu jest posiadanie kawałka o rapie, tzw. rap o rapie, a co bystrzejsi dodają pozostałe, nieodzowne elementy kultury hiphop – bboy`ing, dj`ing oraz graffiti. Najprościej rzecz ujmując, słynne „4 elementy”. Pewnie nie jesteś tego świadomy, ale syn Twojego sąsiada pewnie też ma już swoją „rap.mp3” . Trochę się zagalopowałem, ale rzecz w tym, że przy nawale takich tracków, tylko nieliczni potrafią bezpretensjonalnie oddać ducha i esencję kultury. I na tym m.in. polega WIELKOŚĆ The Roots. Ich wersja „4 elementów” podana w „Clones” z 1996 roku, w klipie złożonym z paru prostych ujęć, to wciąż niedościgniony wzór dla wielu naśladowców. Czuć w tej piosence niezwykłą naturalność, lekkość i „prawdziwość dla gry”. Bez zbędnych pierdół i wybuchów, The Legendary Roots Crew stworzyli nieskomplikowane, magiczne „Clones” – synonim rapu idealnego.

10. The Dave Brubeck Quartet – „Take Five”

Ten utwór debiutował u mnie bodajże w wieku 17/18 lat. I od pierwszych dźwięków oczarował mnie od czubka głowy po małe palce u stóp. Mimo,że Dave Brubeck jest powszechnie uznawany za głównego twórcę klasycznego przeboju „Take Five”, to faktycznie utwór napisał Paul Desmond, a jego gra na altówce jest tu najbardziej charakterystyczna i „robi” ten numer. Jeeeeezus, pół wieku nie zrobiło jazzowej bomie nic, która brzmi tak świeżo, jakby dopasowano ją do dzisiejszych czasów.  Jeśli bralibyśmy pod uwagę swag jako wymiernik stylówki to kwartet Dave`a Brubeck`a wymiata z miejsca współczesne dzieciaki. Pięknie byłoby mieć całe „Time Out” na półce.

Na tym kończę pierwszą dziesiątkę, a na drugą część zapraszam w nieokreślonym as soon as…!

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Zawsze na odtwarzaczu

Zawsze na odtwarzaczu Vol.3: B-Jot

Boże, dzięki Ci za przenośne odtwarzacze muzyki, muzyka w ruchu ubarwia nieprzyjemną drogę, jest dobrym tłem do przyjemnej drogi. Podczas jesiennej szarugi generuje niewidzialny szalik, przy upale ubarwia wypłowiałe od słońca otoczenie.

Nieważne czy wyruszacie gdzieś na weekend, czy zostajecie w swoim domu, zapoznajcie się z poniższym tekstem. Czysto subiektywne wybory, które być może natchną was do wrzucenia ich także na swoje słuchawki.

W każdy piątek podamy wam nasze propozycje z krótkim uzasadnieniem.

Numery, które zawsze ma na odtwarzaczu B-Jot:

Moja zawartość odtwarzacza się bardzo szybko zmienia, ale te utwory są częstym gościem w moich słuchawkach gdy idę ulica, albo jadę tramwajem, tudzież stopem. Nie jest to moje top wszechczasów, po prostu utwory które sprawiają mi ogromną przyjemność. Enjoy!

1. Bun B – „Pushin'” feat. Scarface & Young Jeezy

Dealerskie opowieści prosto z Trzeciego Wybrzeża, krzyżówka styli (chropowaty Bun, stawiający na jakość Scar , i przeciągający Jeezy) nostalgiczny beat z samplem z „Keep On Pushing” The Impressions, to wszystko sprawia że często noszę ten numer na odtwarzaczu, i uwielbiam go.

2. Le Mystère des Voix Bulgares – „Messetschinko Lio Greilivko”

Niesamowitym uczuciem było słuchać tego podczas gdy byłem zawieszony w myślach, w górach, w kraju z którego ta muzyka pochodzi, w nocy, na wysokości dwóch i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Wokal idealnie podkreślał mistykę i ogrom tego miejsca, od tego czasu bardzo często słucham tego albumu przypominając sobie tamto miejsce, góry Rila, Kobilno Branishte, było to jedno z moich najintensywniejszych i najciekawszych doznań muzycznych.

3. Curtis Mayfield – „Keep On Keeping On”

Kawałek od  Mistrza impregnujący mój dobry nastrój kiedy gdzieś się przemieszczam, promieniuje młodzieńczą energią i pozytywnym myśleniem. Numer pochodzi z omijanego w soulowych rankingach albumu „Roots”, który bez obaw mógłby konkurować z „Curtis”.

4.Hi-Tek – „Keep It Moving” feat. Q-Tip, Kurupt, & Dion

Kolejny motywujący i ciepły kawałek w zestawieniu. Uwielbiam Hi-Teka, za dobór gości, za ciepłe soulowe brzmienie, i za stały dobry poziom produkcji. „You’re afraid of success, I’m tryin to be successful”, panie i panowie, trzymajcie się słów Kurupta.

5.Cameo – „Hangin’ Downtown”

Jestem kochliwym sukinsynem, chodzę po ulicach „zawieszony” i słucham tego wałka marząc o swojej drugiej połówce.

6.Bootsy’s Rubber Band – „Oh Boy, Gorl”

W sumie nie wiem dlaczego ten kawałek tak bardzo przylgnął do mego odtwarzacza. Mega przyjemność odczuwam z jego słuchania, podoba mi się stopniowe narastanie wokalu i typowe jajowate brzmienie spod znaku Bootsy’ego Collinsa.

7.Alton Ellis – „Reason In The Sky”

Jamajski Marvin Gaye zawsze na propsie, czy pada śnieg, czy świeci słońce, uniwersalna muzyka i treść.

8.John Lee Hooker – „Bottle Up And Go”

Jeden z Wielkiej Trójcy Blueasa (Howlin’ Wolf, Muddy Waters, John Lee Hooker) w popisowym numerze, prostym i niesamowicie esencjonalnym.

9.Big K.R.I.T. – „Highs & Lows”

Hook na poziomie Nate Dogga, follow up do Bootsy’ego Collinsa, przepalony słońcem vibe, sprawiają że opowieść K.R.I.T.’a jak wszędzie panienki chcą z nim się zabawić rozluźnia mnie do granic, nieznośna lekkość bytu.

Stan Getz – „I Remember When”

Zmysłowa muzyka, ponętna jak młoda blondynka, tajemnicza, ale w miarę przystępna, nie sposób się nie zakochać od pierwszego odsłuchu. Stanley Gayetzky, amerykański saksofonista tenorowy, przedstawiciel różnych stylów, najbardziej znany z cool jazzu i bossa novy, zagarnął moją sympatię subtelnością gry, i niesamowitą atmosferą. To dzieło mogłoby być soundtrackiem do jakiegoś romantycznego filmu z lat 30-tych, dziejącego się w wielkiej metropolii, a w rzeczywistości jest idealnym tłem do moich nocnych spacerów po deszczowym Bielsku.

11. Charles Mingus – „Boogie Stop Shuffle”

Jest pewien artysta który był swaggerem zanim A.$.A.P. Rocky ujrzał światło dzienne, mowa oczywiście o Mingusie, absolutnemu gigantowi muzyki zwanej jazz. Jak słucham tego utworu mam wrażenie że to jest rap który przechodzi od walących w mordę panchline’ów po wyniosłe bragga które pokazuje gdzie jest Twoje miejsce. Jak kiedyś dorwę się do samplera to wytnę coś z tego utworu, słyszę przynajmniej trzy momenty które aż się proszą żeby być częścią jakiejś nowej kompozycji, i dziwie się że nikt tego jeszcze nie zrobił. Groove, ekspresja, skoki napięcia.

12. Steve Spacek – „Days Of My Life”

Nie raz już pisałem o Spaceku, ale to nie dziwne, kiedy słucham go bardzo często, i uważam że stworzył absolutny klasyk neo-soulu. Nie doszedłem do tego jak nazwać coś co ma odrobinę smutku, ale też pozytyw, nie wiem, może: „Days Of My Life”?

13.Erykah Badu – „Umm Hmm”

JESTEM PRZEKONANY ŻE ERYKAH ŚPIEWA DLA MNIE. Świetny sampel wokalny w refrenie, zwiewność całości, i wspaniały głos Pani Badu to jest to, z czym mogę wyjść na największą szarugę. Królowa jest tylko jedna.

14.Snoop Doggy Dogg – „Ain’t No Fun” feat. 213, Kurupt

Pod żadnym pozorem nie puszczaj tego dziewczynie na randce, no chyba że nie rozumie angielskiego. Jak dla mnie jedno ze szczytowych osiągnięć g-funku, i zgrai wszelakiej maści „Psów z LBC”. Nie można powiedzieć że g-funk jest surowy, wyławiam tutaj wiele różnych dżwięków które razem tworzą niesamowicie bujający groove.

15.Love Unlimited – „I’m His Woman”

Jeśli soul, to najbardziej ten spod znaku Barry’ego White’a i jego panienek. Najbardziej romantyczna muzyka jaką w życiu słyszałem, wydźwięk ma niezwykle intymny, intensywny, ale nie nachalny, dodatkowo z instrumentów emanuje ciepło. W przeciwieństwie do poprzedniego numeru zalecam słuchanie tego na schadzce.

16.Scientist – „Your Teeth In My Neck”

Najlepszy dubowy numer jaki słyszałem w życiu, ma wszystko co dub powinien mieć: pulsujący rytm, przestrzeń, prosty wolnościowy przekaz, i nierzeczywistą „zbakaną” atmosferę. W Ruchu Rastafari jest wiele wpływów z różnych, wyznań, i różnych religii, w tym utworze znajdziemy pojęcie ‚iman’ które zostało zapożyczone z Islamu, tutaj oznacza człowieka uznającego Boga z całą pewnością serca, jednocześnie akceptującego wszystkie boskie atrybuty (odsyłam tutaj)

17. Pharoah Sanders – „Colors”

Zaszczytem było zobaczyć tego przygarbionego staruszka na zeszłorocznej Bielskiej Jesieni Jazzowej, czymś absolutnie imponującym było doświadczyć tego jak przygarbiony staruszek łapiący za saksofon ujawnia w sobie życie którego nie powstydziłby się 40 letni mężczyzna. „Colors” jest przykładem muzyki która jest najlepszym lekarstwem na irytacje w zatłoczonych środkach publicznego transportu, albo nielubianej pracy. Kawałek jest przykładem na to że free jazz też może być przystępny.

18.Machine Head – „Imperium”

Co za riff, co za energia, co za manifest, zawsze tego słucham gdy coś uwiera mój mózg. „I’ll stand here defiantly, my middle finger raised”

19.The Black Keys – „Sister”

Dużo jeżdżę autostopem, a „El Camino” jest świetnym soundtrackiem do podróży za jeden uśmiech, kiedy widzisz mnie na poboczu z podniesionym kciukiem, całkiem prawdopodobne  że właśnie tego słucham. W „Sister” bass i perkusja tworzą zgrany duet niczym Guru i DJ Premier. Cała płyta jest mało wymagająca, ale niebywale atrakcyjna, dlatego troski ulatują daleko kiedy jej słucham, zostaje tylko droga…

20.Laver Bariu – „Do Marr Ciften, Do Dal Per Gjah”

Następna muzyczna pocztówka, tym razem z Serbii i Czarnogóry, tak wiem że to Albańska muzyka, ale słuchana podczas podróży przez Serbię i Czarnogórę. Przejęcie w wokalu, folk na styku wpływów Bałkańskich i Azji Mniejszej, niezauważony przez świat, autentyczny. Kocham klarnet.

Dodaj komentarz

Filed under Odrób lekcję!, Zawsze na odtwarzaczu