Author Archives: sirklepz

Stalley – Ohio (co jest cięte).

W związku z nadchodzącymi koncertami brodacza z Ohio w Polsce (7 marzec – Katowice, Mega Club; 8 marzec – Gdańsk, Klub B90), nadarzyła się doskonała okazja by  przybliżyć materiał, z którego promocją Stalley przylatuje do naszego pięknego kraju. Mowa tu oczywiście o  wydanym nakładem imperium Rick Ross`a – Maybach Music Group – albumie „Ohio”. Krążku, nagrywanym na przełomie lat 2012-2014, poprzedzonym EPką „Honest Cowboy” i licznym mikstejpami, z których na największą uwagę zasłużył sobie pamiętny „Lincoln Way Nights” – wypełniony po brzegi świetną muzyką, był powiewem świeżości, mocno odznaczając na scenie reprezentanta Massillon. Dlatego tak trudno traktować mi „Ohio” w kategoriach debiutu, zważywszy na będący w podsumowaniach roku 2011 m.in. na 07, właśnie wspomniany „Lincoln Way Nights”, przywołujący wiele miłych i dobrych wspomnień.

W przeciwieństwie do opisywanego tu wcześniej debiutu Joey`a Badass`a „B4.Da.$$”, po pierwszym LP Stalley`a nie spodziewałem się konkretnego rozpierdolu. Album traktowałem bardziej w kategoriach fajnej rzeczy do okazyjnego posłuchania, bo przecież nic nie osiągnie poziomu dożywotnio spropsowanego „Lincoln Way Nights”. I jak to w życiu, okazało się zupełnie inaczej. Oczywiście, „Ohio” nie jest ani lepsze, ani gorsze od LWN, daleki jestem również od stawiania znaku „równa się”. Najnowsze nagranie podopiecznego Maybach Music to nic innego jak kolejny krok naprzód w karierze i oznaka dalszego rozwoju. Niewątpliwie, do góry poszły skille naszego bohatera, a ucho do bitów straciłby tylko wtedy gdyby mu je odcięto. Zresztą przy produkcji Rashada, odpowiedzialnego za 8 z 12 numerów zawartych na albumie, muzykę można brać w ciemno – taki to utalentowany zuch. Nie mylił się wcześniej, nie pomylił się i na „Ohio”. Wysmażył największe bangery na krążku jak otwierające „Jackin’ Chevys” i „Always Into Something” z idealnie pasującym refrenem Ty Dolla Sign (cóż za beznadziejna ksywka), co więcej, do obu numerów powstały klipy. Video ładne, ale nie wnoszące niczego do odsłuchu, ot proste obrazki, zatem nic nie stracicie, nie partycypując w tym. Zadbał też o spokojniejsze momenty, swobodnie płynące „3.30pm” i następujące po nim „Chevelle”. Ważną cegiełkę, a właściwie cegłę, dołożył Noel, podkładem do  cykającego „One More Shot”, przypominającego momenty z trylogii The Weeknd, przy której swoją drogą był asystentem produkcji. Kawałek tak się spodobał, że postanowił położyć na nim słowa sam Rysiek.

Za sukcesem „Ohio” poza jego autorem, stoi przemyślana selekcja i wysoki poziom produkcji. Rzeczywiście, postawiono tu na 11 kompletnych tracków, dbając o każdy moment i detal, unikając zbędnych wypełniaczy. Słychać głośno i wyraźnie,że album powstawał bez pośpiechu, pod czujnym okiem Stalleya, który już przed pierwszym wejściem do studia wiedział jak ma wyglądać cały projekt, od a do z. Jeśli całość miała sprawiać wrażenie poukładanej i wyważonej dawki muzyki, to udało się w 100%. Najistotniejsze jest to,że przy całej tej harmonii, nie ucierpiał klimat nagrań jaki serwuje Stalley, począwszy od LWN, z jak na razie punktem kulminacyjnym w postaci „Ohio”. Klimat charakterystyczny dla Ohio, dla północno-wschodnich Stanów, oddany przez człowieka stamtąd.

9 na 10 bo dyszek już się nie daje.

 

Dodaj komentarz

Filed under Co Jest Cięte, Eventy, Luźne gadki, Must listen!, Płyta Tygodnia

Co jest cięte, nie do końca – B4.Da.$$

Joey Badass – B4.DA.$$ (Full Album)

Wydany początkiem 2k15, debiutancki studyjny album twórcy kolektywu Pro Era, niestety nie okazał się pociskiem takiego rażenia jakiego się spodziewałem. Być może popełniłem błąd za wysoko stawiając poprzeczkę Badass`owi , ale cholera, należy wymagać sporo od jednego z większych talentów ostatnich lat, autora świetnego przecież „1999”, mikstejpu „Summer Knights” i licznych nagrań w ramach Pro Era. Zdaję sobie sprawę, że to tylko 20-latek, a forma jaką prezentuje to klasyczny, surowy hip-hop, a takim właśnie „B4.Da.$$” jest w całej okazałości, jakkolwiek po singlowych „Christ Conscius”, „Big Dusty” czy opartego na kapitalnej linii basowej  „No.99”, rokowałem tu krążek roku (mimo stycznia!). Nie zrozumcie mnie źle, to przede wszystkim ponad godzina rapu z samego serca Nowego Jorku, kwintesencja najfajniejszych rzeczy w grze jakie dało to „święte” miasto, album żywcem wyjęty z lat 90tych, zrobione „po bożemu” ortodoksyjnie hiphopowe gówno. Dla tych, którzy zatrzymali się na „Illmatic” to najwyższa nota z możliwych, dla wymagających skurwieli, piszących pseudorecenzje jak ta, osłuchanych jak czytelnicy zerosiedem dat com, już nie bardzo. Nie chcę napisać, że to odgrzewany kotlet, ale gros z dźwięków na „B4.Da.$$”, słyszałem wcześniej. Najmocniejszymi, wybijającymi się ponad całość akcentami, bez wątpienia są single, zaś pozostałe numery tworzą spójne tło dla szefa całej tej zabawy – Joey`a. I taki jest to album, podręcznikowy hołd dla złotej ery, z przyciągającym słuchacza delivery świeżego kota. Mimo wszystko, mimo tej „klasyczności”, słucham tego przynajmniej raz  w tygodniu, bo niewykluczone, że takie to właśnie miało być, a ja szukam dziury w całym! (pamiętajcie,że w bonus tracku gości Action Bronson)

6.5, a w niektóre dni jak jestem bardziej czarny to 7.0 na 10.

badmon!badmon!

Joey! Przyleć do Polski, zrobimy Ci jakieś bardziej skomplikowane bity, połamiemy perkusję na dziwnych samplach i będziesz królem hipsterów.

Dodaj komentarz

Filed under Co Jest Cięte, Luźne gadki

Zawsze na odtwarzaczu vol.4 by Klepz

Przede wszystkim trzeba sobie zdać sprawę, że wybranie 20 numerów podczas gdy na moim ugryzionym jabłku (hejtuj!) ląduje tony przeważnie dobrej i różnej muzyki, jest zadaniem niewykonalnym. Nie mam tak,że zawsze trzymam największych faworytów na odtwarzaczu bo zwyczajnie słucham na zajawce czegoś innego. Ale jeśli już miałbym wybrać te szlagiery które zabrałbym na bezludną, te które najbardziej przekatowałem w karierze, te które zrobiły na mnie największe wrażenie, to skład prezentowałby się mniej więcej tak (z tym, że duży wpływ na selekcje ma to czego słucham współcześnie, rzecz jasna; za rok powinniśmy zrobić nową listę i pewnie byłaby zgoła inna):

1. A Tribe Called Quest – „Check The Rhime”

„You on point Phife? All the time, Tip. You on point Phife? All the time, Tip”. Nie byłbym sobą gdybym nie umieścił na wejściu czegoś z The Low End Theory – zdecydowanie mój numer jeden jeżeli chodzi o długograje Trajbów. Najmniej przebojowy krążek spośród wielkiej trójki, w którą oprócz TLET wchodzą „Midnight Marauders” oraz „Beats, Rhymes & Life”, ale za to najbardziej wciągający i najbliższy jazzowym brzmieniom. Po tym przełomowym dokonaniu, Q-Tip i Phife Dawg nigdy już nie osiągnęli podobnej chemii ,i zrozumienia, o czym dobitnie świadczy właśnie „Check The Rhime”. Swoboda, wyczucie, niezmierzona ilość vibe`u, ATCQ Utra!!!

2. Radiohead – „Paranoid Android”

Kurwa, łapie się na tym,że wrzucam tu nagrania z moich topowych albumów. Wydarzenia na tej płycie (OK Computer) zakrawają o jakieś czary, sztuczki , kontakty z diabłem. Bo jak może imponować zawodzący wokal na tle rozmytych, trwających zazwyczaj po 4, 5 minut produkcji?  Nie pokuszę się o odpowiedź na to pytanie, zapewne jak i wszyscy, którzy uzależnili się od Radiogłowych. „Paranoid Android” każdym dźwiękiem doskonale oddaje kondycję naszych czasów, jest po prostu smutno piękne, powoli narasta by w samym środku kompozycji osiągnąć apogeum. Po punkcie kulminacyjnym następuje moment „oczyszczenia”, a całość zwieńcza mocna, chaotyczna końcówka – bardzo „rockowy” numer. Polecam posłuchać nocą, w pustym pokoju. !.

3. Jamiroquai – „Cosmic Girl”

Mówią, że tylko czarni potrafią  skakać grać funk, taa, mówią dopóki nie wrzucą czegoś z repertuaru Jay Kaya i spółki. Typowy, klubowy wyjadacz. Zręczne połączenie funk`u z disco nie pozwala nam pozostać biernym wysyłając tyłki na parkiet, a w domowym zaciszu świetnie ćwiczy kark. Świat byłby piękniejszy gdyby takie rzeczy grano w miejskiej komunikacji.

4. Jaylib – „The Red”

Przyznaje się, nie znam wszystkiego w czym maczał palce Jay Dee, ale śmiało głoszę pogląd „j dilla changed my life”. Tym bardziej nie jestem w stanie ogarnąć twórczości Madliba bo kto normalny nieustannie przez 20 lat, nie wychodząc z domu, słuchałby każdego dźwięku który wydał ten Koleś?! Jednak pomimo tych braków jestem pewien ,że to właśnie takimi nagraniami jak „The Red”, zdefiniowali brudny, podziemny, alternatywy hiphop, tzw. „raw rap”. A potem po kolei będę Ci puszczał wszystko z „Champion Sound”, żebyś wiedział jak to się robi i dlaczego Ty nie powinieneś tego robić.!

5. Gorillaz – „Clint Eastwood”

Najpierw była fascynacja klipem, już dzisiaj znanymi na cały świat i charakterystycznymi animacjami dla „wirtualnego bandu”. Potem wyczulony na to co dobre umysł nastolatka zaczął pytać o co chodzi z tymi Gorillaz i kto tak naprawdę stoi za „Clint Eastwood”?  Kilkadziesiąt minut istotnie godnej uwagi muzyki otrzymaliśmy od goryli, ale do dziś jestem zdania, że nic nie sięgnęło poziomu singla z debiutanckiego krążka „Gorillaz”. Kapitalnie w melodię rodem z „The Good, The Bad and The Ugly”, wkomponował się z refrenem Damon Albarn. To jeden z tych kawałków, które można słuchać dalej niż do porzygu.

6. Jay-Z – 99 Problems

Historia powstania tego jointa jest legendarna i kultowa. Jay-Z pracując nad materiałem na „Black Album” miał zjawić się w szalonym mieszkaniu ekscentryka Rick`a Rubin`a, gdzie słysząc pierwsze „szkice” i riffy, które stały się podwalinami pod „99 Problems”, przewinął z głowy prawdziwą petardę. Proces twórczy męża Beyonce był znany od dawna, ale to od tego momentu upowszechniło się twierdzenie, że Jay nie zapisuje swoich tekstów, rzucając słowa do majka na „żywca” (nie mamy tu do czynienia z freestylem). Ile w tym jest prawdy, a ile legendy i ile tracków powstało w ten sposób – ciężko ocenić. Ale tylko idiota zawracałby sobie tym głowę. Nie wiem czy jest to najlepszy track Jaya-Z. Wiem jedynie, że jest to jeden z moich absolutnych rapowanych faworytów.

7. Kanye West – „All Falls Down”

Numer z czasów gdy Ye był jeszcze człowiekiem, jednym z nas i nagrywał „ludzkie” kawałki, po mistrzowsku wplatając soulowe sample w hiphopową retorykę. Dziś jest samozwańczym bogiem tworzącym dla „bogów”. Jedna rzecz wciąż pozostaje niezmienna: zarówno w czasach debitu (2004) z którego pochodzi „All Falls Down”, gdy z rapem był „na cześć”, jak i obecnie, zostawiając lata świetlne za plecami rap grę i nieustannie przesuwając jej granicę – Skurwiel za każdym razem potrafi skupić na sobie uwagę słuchaczy jak nikt inny w tym biznesie.  

8. The Clash – „London Calling”

Kiedyś gdzieś pisałem, że dobre, odporne na proces „starzenia”, nagrania, cechuje idealne oddanie klimatu miejsca i czasu w którym były nagrywane. Tak właśnie jest z „London Calling”, ukazującym zniszczony oceanem używek, zmęczony latami 70tymi – Londyn, a i w szerszej perspektywie cały kraj. „The ice age is coming, the sun is zooming in/Meltdown expected and the wheat is growing thin/Engines stop running, but I have no fear/London is drowning, and I live by the river” autentyczny głos wokalu Strummer`a to świadectwo kondycji kulturowego tygla i zwiastun nieuchronnych zmian. Ewoluowała także muzyka The Clash, punk w najczystszym wydaniu, okraszono funkiem, soulem, reggae, ska, a nawet jazzem i elementami popu. Dzięki czemu – pomimo krajobrazu jaki wyłania się z nagrania – jest tu pozytywny wydźwięk i nadzieja.

9. The Roots – „Clones”

Typowym zjawiskiem dla każdego rap zespołu jest posiadanie kawałka o rapie, tzw. rap o rapie, a co bystrzejsi dodają pozostałe, nieodzowne elementy kultury hiphop – bboy`ing, dj`ing oraz graffiti. Najprościej rzecz ujmując, słynne „4 elementy”. Pewnie nie jesteś tego świadomy, ale syn Twojego sąsiada pewnie też ma już swoją „rap.mp3” . Trochę się zagalopowałem, ale rzecz w tym, że przy nawale takich tracków, tylko nieliczni potrafią bezpretensjonalnie oddać ducha i esencję kultury. I na tym m.in. polega WIELKOŚĆ The Roots. Ich wersja „4 elementów” podana w „Clones” z 1996 roku, w klipie złożonym z paru prostych ujęć, to wciąż niedościgniony wzór dla wielu naśladowców. Czuć w tej piosence niezwykłą naturalność, lekkość i „prawdziwość dla gry”. Bez zbędnych pierdół i wybuchów, The Legendary Roots Crew stworzyli nieskomplikowane, magiczne „Clones” – synonim rapu idealnego.

10. The Dave Brubeck Quartet – „Take Five”

Ten utwór debiutował u mnie bodajże w wieku 17/18 lat. I od pierwszych dźwięków oczarował mnie od czubka głowy po małe palce u stóp. Mimo,że Dave Brubeck jest powszechnie uznawany za głównego twórcę klasycznego przeboju „Take Five”, to faktycznie utwór napisał Paul Desmond, a jego gra na altówce jest tu najbardziej charakterystyczna i „robi” ten numer. Jeeeeezus, pół wieku nie zrobiło jazzowej bomie nic, która brzmi tak świeżo, jakby dopasowano ją do dzisiejszych czasów.  Jeśli bralibyśmy pod uwagę swag jako wymiernik stylówki to kwartet Dave`a Brubeck`a wymiata z miejsca współczesne dzieciaki. Pięknie byłoby mieć całe „Time Out” na półce.

Na tym kończę pierwszą dziesiątkę, a na drugą część zapraszam w nieokreślonym as soon as…!

Dodaj komentarz

Filed under Zawsze na odtwarzaczu

Co Jest Cięte: Macklemore i Ryan Lewis – The Heist

yo.

że niby to jest mój nowy, świeży, autorski cykl i będę tu oczywiście nieregularnie jak zawsze nawijał o tym co dobre, i o tym co złe, o tym co warto, i o tym czego nie warto, i ogólnie co jest cięte. Zaczynamy hipsterami w światku hiphopowym – Maklemur i Ryan Lewis.

„The Heist”

Macklemore i Ryan Lewis to duet. Bez Ryana nie ma Macklemore’a, bez Macklemore’a nie ma Ryana Lewisa, albo inaczej, świat byłby uboższy o parę świetnych nagrań. Nie mogę napisać, że „The Heist” w 100% spełniło moje ogromne oczekiwania, że zaspokoiło pokłady zajawki, tu raczej hajp na wyżej wymienionych Gości obniżył loty, niewiele, ale jednak niedosyt pozostaje. Śpieszę z wyjaśnieniem co wpłynęło na taki stan rzeczy.

Właściwie po dłuższym zastanowieniu i po kilkukrotnej sesji z „The Heist”, w odbiorze przeszkadza jedynie zbytnia znajomość najbardziej porywających kawałków jak „Can’t Hold Us”, już teraz klasycznego „Wings”, „Make the Money” czy „Trift Shop”. Chociaż czy można się czepiać około 2-letniego oczekiwania na pełnoprawny debiut skoro od premiery „Wings”, a miało to miejsce 21 stycznia 2011, wciąż słucha się tego z nieskrywaną przyjemnością, podobną do towarzyszącego szoku i ciar na plecach zaraz po releasie „sneakersowego” anthemu. W ogóle jakby tak spojrzeć z szerszej perspektywy to jest to jeden z czołowych kawałków rapu po 2010, mało co ma start do „Wings”, serio. Partycypując w tym niesamowitym singlu tylko osoby głuche nie dojdą do wniosku jak sporą dawką oryginalności i ciekawym podejściem do tematu cechują się popisy Pana Macklemore’a. Nie jest to kolejny numer z serii – hymn o butach, tylko opowieść o wpływie skoków na kulturę, na życie autora, jego przyjaciół, ale także krytyczne spojrzenie z płaszczyzny konsumpcjonizmu. I tak świeżo jest,  obojętnie czy mówi o przyziemnych sprawach jak dobra wiksa („Castle” – bardzo przestrzenna kompozycja),  secondhandach („Trift Shop”),  czy o relacji na linii wytwórnia- artysta, gdzie w jednej ze zwrotek wciela się w właściciela labelu i robi to naprawdę przekonująco (track z Ab-Soul).

Nie brak MC z Seattle – bo rzeczywiście trzeba sobie powiedzieć, że tytuł mistrza ceremonii Macklemore’owi, a nawet jego koledze zza pulpitów miksujących, należy się z całą pewnością, o czym przekonaliśmy się na tegorocznej edycji HHK, gdzie w kunsztowny sposób porwali publikę m.in. repertuarem z „The Heist”, mając nad nią kontrolę, szafując pozytywnymi emocjami i odpowiednio dozując tempo show, „two man show” – odwagi. W tak radykalnym środowisku nagrać numer o gejach – „Same Love” i potraktować to klipem promującym album, cóż, rzadko spotykane w krainie nawijek do mikrofonu. Mimo wszystko, „Same Love” niesie pozytywne przesłanie, podobnie jak otwierające album „Ten Thousand Hours” (nie o gejach!), z którym fajnie jedzie się rano w miejskiej komunikacji („David Bowie meets Kanye shit”). Chociaż Oni (Macklemore & Ryan Lewis) od początku byli trochę z innej bajki, z tej bardzo alternatywnej strony hip-hopu, nie słychać tu Nowego Jorku, Południa, brzmienia Detroit, nie słychać słonecznego Zachodu, swagu, „The Heist” raczej zaznacza na mapie nowy punkt, a jest nim Seattle i reszta ekip z charakterystycznym „północnym Hip-Hopem” (Blue Scholars, Jake One, Common Market).  Dlatego też bazgrałem na początku o istotnej części jaką wnosi Ryan Lewis, bo bez jego produkcji nie byłoby czuć klimatu miejsca pochodzenia artystów i sam Macklemore nie miałby na czym fruwać z tą bardzo autentyczną nawijką, i z bardzo zmiennym, „storytellingowym” flow. Również ważną opcją w przypadku „The Heist” są refreny oraz spora liczba wykonujących je gości, nadając płycie lekko popowego sznytu, co jest jak najbardziej na plus. A już w ciemno kupuje i mam słabość do takich hooków jak ten w wykonaniu niejakiej Hollis w „White Walls” z gościną Schoolboy’a.

I przede wszystkim, zróbcie z tego t-shirt:

„Make the money, don`t let the money make you/ Change the game, don`t let the game change you”

 

Dodaj komentarz

Filed under Co Jest Cięte

HHK 2013 cz.2

Przeprosiłem już za mój absolutny brak wkładu przy rozbijaniu obozowiska, przede wszystkim koleżankę M, niewłaściwy czas i miejsce, butelki wjechały sporą ilością więc wyjaaaazd mi z robotą! Gdzieś tak w okolicach 15/16 byłem solidnie i tak właściwie do piątku włącznie. Nie wiem czy tą wódkę z arbuza, którą teraz przypominam sobie tylko dzięki zdjęciom, częstowaliśmy się w czwartek, piątek czy właśnie w dzień przyjazdu? W każdym bądź razie świetnie spisałem się w roli ambasadora hruszki i wciąż czekam na czek od producentów wspaniałego napitku. 
Po atrakcjach pola namiotowego przyszedł czas na bistro, typu langosz (dla wtajemniczonych: był ten langosz i TEN langosz) i tradycyjne kolarzowanie między hangarami w dzień warm-up`u. Tu mamy małą sprzeczkę z koleżanką M, a mianowicie moim zdaniem z Radkiem Miszczakiem ucięliśmy pijacką pogawędkę w środę, a nie w piątek jak twierdzi koleżanka M. Taak, to była środa do cholery!!
– ooo Radek Miszczak!! Ja już tu jestem szósty raz, wszystko jest spoko, tylko te kolejki
– wiem,dzięki ale na kolejki nic nie poradzę………
………….
…………..
Niezwykle pozytywna postać. Życzyłbym sobie takiego zaangażowania w choćby prowadzenie 07 jak to MISZCZaka przy realizacji różnych projektów. 
Kilka szybkich chrzczonych Gambriniusów, które bardziej należy traktować w kategoriach napoju chłodzacego niż prawowitego browara i teleportowaliśmy się na wieczorek zapoznawczy Alkopoligamii. O dziwo, do najciekawszych i najbardziej pociągających tłum performów można zaliczyć Okoliczny Element „Robi coś dobrego, robi coś złego!!!” (ten slogan już na stałe wpisał się w historię festiwalu), a nie jakby się mogło wydawać gwiazdora Mesa. Wart wzmianki jest także stopień scenicznego najebania VNM`a, brawo!, tak się kempuje. Stasialdo utwierdził w przekonaniu,że dobry z niego ziom i człowiek instytucja w szeregach Alko`, jednak jaki rapier to każdy słyszał. I tak dalej, i tak dalej w ten deseń po czym w czwartek na całe szczęście obudziłem się w namiocie-matce, rozpoczynając dzień śniadaniem z butelki hruszki….
stay…

Dodaj komentarz

Filed under Eventy/Relacje, Luźne gadki

HHK 2012 – część 1.

Rozpoczynanie banałem: „żadne słowa nie są w stanie oddać magii kempa”, mija się z celem jeżeli partycypowałeś w festiwalu z prawdziwego zdarzenia bo świetnie wiesz z czym je się bułkę. Natomiast jeśli nigdy nie było Ci dane zmelanżować się z setkami, to oprócz tego, że Twoje życie musi być niesamowicie nudne, to przede wszystkim będzie dla Ciebie tylko pusty slogan. I nie mam na myśli tu festynu dwie wioski obok Twojej wioski z głównym headlinerem Małpą pomiędzy kiełbasą a watą cukrową. Zatrzymując się przy jedzeniu, kemp nie jest po to żeby wpierdalać. I pomimo, że na event nie pojechali moi najwięksi kompani (bob, dan) w opróżnianiu hruszek oraz czterdziestekdwójek, to swoje tradycyjnie zrobiłem. I z tego względu ciężko pisać jakiekolwiek relacje podczas gdy 5 dni zlewa się w jeden. Mimo wszystko postaram się zrobić to w starym, dobrym, zerosiódemkowym stylu.
Środa
Tradycyjnie wyruszyliśmy w dzień warm-up`u i nie tradycyjnie byłem kierowcą co tylko (na szczęście) o kilka godzin opóźniło wkroczenie na wyżyny bani. Właściwie środa i sobota to dni z których jestem w stanie wyciągnąć najwięcej szczegółów, a nie tylko niewyraźne klisze. Przyjazd do hradec rozpoczęliśmy od obowiązkowej wizyty w kauflandzie gdzie już ok. godz. 12 można było spotkać grupki pierwszych kempowiczów. Wzajemne pozdrowienia, pierwsze zbijanie piony i wszechobecne podniecenie przed sprawami wielkiej wagi pchnęły nas do obfitego wypełniana wózków. Oczywiście, według zasady „na kempie się nie je”, 80%, no 85% budżetu na wszystko co można w siebie wlać ze skutkiem wiadomym, pozostała część na błahostki typu chleb or łotewa. Dalej już pozostało nam ustawić się w sznurku aut w drodze bezpośrednio na teren festiwalu. Korki przed samym wjazdem nie zapowiadały niczego dobrego, ale okazało się, że to dobrego złe początki. Organizatorzy zdecydowanie wyszli obronną ręką jeżeli chodzi o kwestie związane z wejściem na sam festivalpark, a może po prostu na 11stą edycję wbiło mniej rapgłów niż na ostatnią, jubileuszową czy 2 lata wstecz. Po zacumowaniu na parkingu, odpaliłem pierwsze browarki żegnając się ochoczo z możliwością siadania za kierownicę, w to mi graj!. Następne dni miały przynieść jak bez trudu przewidziałem solidne, kempowe grzanie, po które wielu doświadczonych graczy na rynku przemierza setki kilometrów z najróżniejszych zakamarków Europy. Zanim jeszcze popłynąłem jak wenecka gondola wraz z największym bboyem ZŁ – Pietią, odebraliśmy akredytację (tu się należy nieskończony props dla Kapitana, bez którego 0.7 przepadłoby w tym roku gdzieś w czeluściach internetu). Potem już tylko udawałem, że zależy mi na rozbiciu namiotu (przepraszam)…..
/sirKlepz/

Dodaj komentarz

Filed under Luźne gadki, Newsy

"I am the one who told george bush that he could be a president".

Dope D.O.D. – Branded (2011)
Ci chorzy pół-ludzie, pół-nie wiadomo co, nie uznają żadnych świętości, nie stosują półśrodków, nie biorą jeńców, strzelają do dzieci i niewiast. Przed takimi typami jak oni, ostrzegały Nas matki. Twoja młodsza siostra po spotkaniu z Holendrami już nigdy nie byłaby tą samą, niewinną dziewczynką. Co by nie pisać o Dope D.O.D., idealnie wstrzelili się ze swoją definicją hardkorowego, podsyconego dubstepem, hip-hopu. Dmuchnęli w żagle statku, wodowanego w 2009 przez Foreign Beggars za pomocą „United Colours Of Beggattron”, z tym,że załadowali na pokład treści typowo nadające się na horror. I widać/słychać , że zrobili to skutecznie, docenieni przez Korn, i Limp Bizkit przed którymi grali supporty.

 
Sprawa jest prosta. „Branded” to nazwa planety na której Dopey Rotten, Jay Reaper, Skitz Viciouspostanowili umieścić dużo wszelakiej maści okropieństw – a Twoje ciało znalezione w wannie pełnej krwi na tyłach jakiegoś dziwnego domostwa zaliczałoby się do najlżejszego – oraz sporo nielegalnych tematów. Bo partycypujemy tu np. w pięknej balladzie, odzie do narkotyków – „Candy Flipping” (oj jakże przewrotny tytuł), co ciekawe, numer należy do jednego z najgładszych na płycie, a gitarka nadaje tym prawie 4 minutom lekkiego vibe`u. Reszta już nie prezentuje się tak lekko i śmiało możemy wrzucić większość tracków stąd do szufladki tytułowanej: instant pożoga, rozpierdol, armagedon, rebelia.

 
Każdy z tej trójki barbarzyńców prezentuje się solidnie jeżeli chodzi o mordowanie bitu. Co prawda nie osiągają mistrzostwa w sztuce, ale razem tworzą zgrany kolektyw, dobrze naoliwioną maszynę. Jednak trzeba sobie zdać sprawę, że już solowo nie kopałoby to tak tyłków. Z drugiej zaś strony jeżeli nie wypada się blado przy Seanie Pracie (tak, Piiii z Heltah Skeltah), ba, dorównuje się mu poziomem tak jak ma to miejsce w tracku „Psychosis”, to świadczy to o jakiejś skali talentu reprezentantów Groningen. Poza tym wersy: „I am the one who told george bush that he could be a president„, prezentują zarówno pomysłowość jak i uświadamiają Nas w wielkości pojebania ludzi spod pomarańczowej bandery.
Last, but not least, na koniec pozwoliłem sobie zostawić fundament sukcesu „Branded”, za którym kryje się niejaki Peter Songolo. Pozostający w cieniu swoich bardziej charakterystycznych kolegów , a prościej rzecz ujmując, producent praktycznie zawsze startuje zza pleców MC choćby ten cechował się wyrazistością kisielu, przygotował sporą dawkę kopiących tyłki melodii. Często przywodzą na myśl najlepsze fragmenty wspomnianego „UcoBBeggarsów czy słynne, osławione „Contact”, niewątpliwy plus bez jakichkolwiek podejrzeń o kopiowanie. Songolo pokręcił gałkami swojego automatu; zgotował serię cięć tępą piłą produkując numery zachęcające do rozkurwienia czekogolwiek, kogokolwiek. Więc jeśli czeka Cię ciężki dzień przeprawy przez „ocean” kontaktów z idiotami to „Branded” wydaje się być idealną dawką wspomagania w tym trudnym czasie.

 
 
                      sir Klepsky.

Dodaj komentarz

Filed under Must listen!