Author Archives: bjot

Ravi Shankar (1920 – 2012)

Wczoraj opuścił nas Ravi Shankar. Wirtuoz sitaru, nauczyciel i inspiracja. Zostawił po sobie bogatą dyskografię oraz piękne i utalentowane córeczki: Norah Jones i Anoushkę Shankar. Zdarzają się w naszym życiu muzycy, którzy zmieniają nasze postrzeganie na świat. Jednym z takich był dla mnie Ravi Shankar. Odkąd usłyszałem po raz pierwszy elementy Indyjskiej ragi w utworze „Within You Without You” (z płyty Beatlesów „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”), chciałem już zawsze wracać do tego magicznego, spokojnego ogrodu, w którym cały zewnętrzny świat nabiera widocznej harmonii i zgodności. Wprawdzie nie Ravi gra w tym utworze, a Harrison, który uczył się warsztatu u Mistrza. I po nitce dotarłem do kłębka – wprost do egzotycznie i niebanalnie pięknych nagrań Shankara z jego solowych wydawnictw.
Dla mnie jest to muzyka ukojenia, pogodzenia z losem, a wreszcie zdrowego dystansu i radości.

Proponuję zobaczyć Raviego w akcji – bo muzyka pozostanie zawsze żywa. To świetnie zrealizowane nagranie zarejestrowane na festiwalu w Monterey, podczas hippisowskiej eksplozji Lata Miłości 1967. Uważne oko dostrzeże kilku kluczowych dla historii rocka wykonawców siedzących wśród zahipnotyzowanej widowni.

———————————————-
Dziwnie zbiega się czas odejścia Geniusza z tymi wszystkimi rumorami o końcu świata; Ale to czego uczy nas Ravi poprzez swoją muzykę to to, żeby nie popadać w skrajne emocje, nie dawać się zastraszyć ani ponosić negatywnym uczuciom. Dla tego już teraz można zobaczyć Słońce wyglądające zza chmury.

———————————————–

NapoleonPL

Dodaj komentarz

Filed under Newsy

Aktualnie Cięte

1. Le$ – Settle 4 Le$, Vol. 2

settle-4-le-vol-2

Kto to jest Le$?! Też sobie zadawałem to pytanie, wiele razy ta ksywka mi się przewijała gdzieś w internecie, ale nigdy nie przykuwała uwagi na tyle żebym chciał sprawdzić coś od tego Kota. Siedząc u mojego człowieka DJ’a Joksona (pozdro jeśli to czytasz) wielbiciela wszelakiego „laidbackowego” południowego rapu, usłyszałem 3rd Coastin, pomyślałem sobie: „to jest to”, a następnego dnia sprawdziłem ten o to mixtape. Nie mam pojęcia skąd najnowszy nabytek Boss Hogg Outlawz pochodzi, w każdym razie robi rap który odpowiada wszelakim teksańskim standardom, z wyraźnym wpływem starszych kolegów (UGK, Swisha House). Jeśli jesteś fanem Big K.R.I.T.’a (jak ja), to wydawnictwo na pewno Ci się spodoba, z tym wyjątkiem że Le$ nie produkuje swoich mixtape’ów, i jego rap nie jest tak bardzo zaangażowany, czasem tylko sobie coś podśpiewa, ale żaden z tych czynników to nie minus, kiedy raper sam staje na wysokości zadania, a od reszty ma swoich ludzi, którzy świetnie wykonują swoją pracę.

2. Krisiun – Conquerors Of Armagedon

Za dużo death metalu nie znam, ale ta płyta zdecydowanie jest najlepszą jaką słyszałem. Wspaniałe riffy, wirujące w jakiejś nieokreślonej przestrzeni jak zagłada nad ziemią, perkusja która inteligentnie wybija rytm, mięsisty zwarstwiony w niektórych momentach wokal który ma „flow”, to wszystko buduje ciężki groove który łamie karki i buduje energię do działania. Kiedyś wydawało mi się że brutal death metal jest nie dla mnie, zmieniam zdanie.

3. V.A. – Soundboy Punishments

Nigdy jeszcze nie spotkałem się z niczym ciekawszym w muzyce zwanej dubstep od tego co robi Shackleton, a ta kompilacja stworzona razem z kolegami (Appleblim, Gatekeeper) jest tego następnym dowodem. Pod względem produkcji jest perfekcyjnie, można się wyszukać szokująco dopieszczonych dźwięków jak akordeon w Hamas Rule na przykład. Całe wydawnictwo ma złowieszczy wydźwięk, jest jak gigantyczna ręka podniesiona aby ukarać „dźwiękowych chłopców”, tak więc tytuł i okładka dobrze obrazują muzykę. Nie jest to głośna muzyka, ale haevy dubstep spod znaku UKF przy niej cienko piszczy.

4. V.A. – Black Rio – Brazil Soul Power 1971-1980

BlackRio

Czarna muzyka jest wszędzie, ma ogromny wpływ na wszystkie brzmienia świata, a szczególnie widoczne jest to w Brazylii gdzie w biednych dzielnicach zwanych favelami rządzi funk carioca a.k.a. Rio funk a.k.a. baile funk. Dla tych co nie wiedzą, rodzaj ten jest źródłem wielu sampli w rap utworach, aż trudno uwierzyć że mało kto wie że tam jest tworzona tak soczysta muzyka. Składanka zawiera 16 numerów, wyłowiłem przynajmniej trzy sample, nie zdziwiłbym się gdyby wszystkie były wykorzystane, nawet Steve Spacek zaczerpnął co nieco, a mianowicie numer Orlandiva – Onde anda o meu amor. Język, perkusja, oraz gwizdki i przeszkadzajki podkreślają miejsce powstawania muzyki, ale reszta jest soczyście funkowa na tak dobrym poziomie i niemal identycznym brzmieniu jak wszystko to co działo się w latach 60-tych i 70-tych w USA.

Dodaj komentarz

Filed under Co Jest Cięte

Zawsze na odtwarzaczu Vol.3: B-Jot

Boże, dzięki Ci za przenośne odtwarzacze muzyki, muzyka w ruchu ubarwia nieprzyjemną drogę, jest dobrym tłem do przyjemnej drogi. Podczas jesiennej szarugi generuje niewidzialny szalik, przy upale ubarwia wypłowiałe od słońca otoczenie.

Nieważne czy wyruszacie gdzieś na weekend, czy zostajecie w swoim domu, zapoznajcie się z poniższym tekstem. Czysto subiektywne wybory, które być może natchną was do wrzucenia ich także na swoje słuchawki.

W każdy piątek podamy wam nasze propozycje z krótkim uzasadnieniem.

Numery, które zawsze ma na odtwarzaczu B-Jot:

Moja zawartość odtwarzacza się bardzo szybko zmienia, ale te utwory są częstym gościem w moich słuchawkach gdy idę ulica, albo jadę tramwajem, tudzież stopem. Nie jest to moje top wszechczasów, po prostu utwory które sprawiają mi ogromną przyjemność. Enjoy!

1. Bun B – „Pushin'” feat. Scarface & Young Jeezy

Dealerskie opowieści prosto z Trzeciego Wybrzeża, krzyżówka styli (chropowaty Bun, stawiający na jakość Scar , i przeciągający Jeezy) nostalgiczny beat z samplem z „Keep On Pushing” The Impressions, to wszystko sprawia że często noszę ten numer na odtwarzaczu, i uwielbiam go.

2. Le Mystère des Voix Bulgares – „Messetschinko Lio Greilivko”

Niesamowitym uczuciem było słuchać tego podczas gdy byłem zawieszony w myślach, w górach, w kraju z którego ta muzyka pochodzi, w nocy, na wysokości dwóch i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Wokal idealnie podkreślał mistykę i ogrom tego miejsca, od tego czasu bardzo często słucham tego albumu przypominając sobie tamto miejsce, góry Rila, Kobilno Branishte, było to jedno z moich najintensywniejszych i najciekawszych doznań muzycznych.

3. Curtis Mayfield – „Keep On Keeping On”

Kawałek od  Mistrza impregnujący mój dobry nastrój kiedy gdzieś się przemieszczam, promieniuje młodzieńczą energią i pozytywnym myśleniem. Numer pochodzi z omijanego w soulowych rankingach albumu „Roots”, który bez obaw mógłby konkurować z „Curtis”.

4.Hi-Tek – „Keep It Moving” feat. Q-Tip, Kurupt, & Dion

Kolejny motywujący i ciepły kawałek w zestawieniu. Uwielbiam Hi-Teka, za dobór gości, za ciepłe soulowe brzmienie, i za stały dobry poziom produkcji. „You’re afraid of success, I’m tryin to be successful”, panie i panowie, trzymajcie się słów Kurupta.

5.Cameo – „Hangin’ Downtown”

Jestem kochliwym sukinsynem, chodzę po ulicach „zawieszony” i słucham tego wałka marząc o swojej drugiej połówce.

6.Bootsy’s Rubber Band – „Oh Boy, Gorl”

W sumie nie wiem dlaczego ten kawałek tak bardzo przylgnął do mego odtwarzacza. Mega przyjemność odczuwam z jego słuchania, podoba mi się stopniowe narastanie wokalu i typowe jajowate brzmienie spod znaku Bootsy’ego Collinsa.

7.Alton Ellis – „Reason In The Sky”

Jamajski Marvin Gaye zawsze na propsie, czy pada śnieg, czy świeci słońce, uniwersalna muzyka i treść.

8.John Lee Hooker – „Bottle Up And Go”

Jeden z Wielkiej Trójcy Blueasa (Howlin’ Wolf, Muddy Waters, John Lee Hooker) w popisowym numerze, prostym i niesamowicie esencjonalnym.

9.Big K.R.I.T. – „Highs & Lows”

Hook na poziomie Nate Dogga, follow up do Bootsy’ego Collinsa, przepalony słońcem vibe, sprawiają że opowieść K.R.I.T.’a jak wszędzie panienki chcą z nim się zabawić rozluźnia mnie do granic, nieznośna lekkość bytu.

Stan Getz – „I Remember When”

Zmysłowa muzyka, ponętna jak młoda blondynka, tajemnicza, ale w miarę przystępna, nie sposób się nie zakochać od pierwszego odsłuchu. Stanley Gayetzky, amerykański saksofonista tenorowy, przedstawiciel różnych stylów, najbardziej znany z cool jazzu i bossa novy, zagarnął moją sympatię subtelnością gry, i niesamowitą atmosferą. To dzieło mogłoby być soundtrackiem do jakiegoś romantycznego filmu z lat 30-tych, dziejącego się w wielkiej metropolii, a w rzeczywistości jest idealnym tłem do moich nocnych spacerów po deszczowym Bielsku.

11. Charles Mingus – „Boogie Stop Shuffle”

Jest pewien artysta który był swaggerem zanim A.$.A.P. Rocky ujrzał światło dzienne, mowa oczywiście o Mingusie, absolutnemu gigantowi muzyki zwanej jazz. Jak słucham tego utworu mam wrażenie że to jest rap który przechodzi od walących w mordę panchline’ów po wyniosłe bragga które pokazuje gdzie jest Twoje miejsce. Jak kiedyś dorwę się do samplera to wytnę coś z tego utworu, słyszę przynajmniej trzy momenty które aż się proszą żeby być częścią jakiejś nowej kompozycji, i dziwie się że nikt tego jeszcze nie zrobił. Groove, ekspresja, skoki napięcia.

12. Steve Spacek – „Days Of My Life”

Nie raz już pisałem o Spaceku, ale to nie dziwne, kiedy słucham go bardzo często, i uważam że stworzył absolutny klasyk neo-soulu. Nie doszedłem do tego jak nazwać coś co ma odrobinę smutku, ale też pozytyw, nie wiem, może: „Days Of My Life”?

13.Erykah Badu – „Umm Hmm”

JESTEM PRZEKONANY ŻE ERYKAH ŚPIEWA DLA MNIE. Świetny sampel wokalny w refrenie, zwiewność całości, i wspaniały głos Pani Badu to jest to, z czym mogę wyjść na największą szarugę. Królowa jest tylko jedna.

14.Snoop Doggy Dogg – „Ain’t No Fun” feat. 213, Kurupt

Pod żadnym pozorem nie puszczaj tego dziewczynie na randce, no chyba że nie rozumie angielskiego. Jak dla mnie jedno ze szczytowych osiągnięć g-funku, i zgrai wszelakiej maści „Psów z LBC”. Nie można powiedzieć że g-funk jest surowy, wyławiam tutaj wiele różnych dżwięków które razem tworzą niesamowicie bujający groove.

15.Love Unlimited – „I’m His Woman”

Jeśli soul, to najbardziej ten spod znaku Barry’ego White’a i jego panienek. Najbardziej romantyczna muzyka jaką w życiu słyszałem, wydźwięk ma niezwykle intymny, intensywny, ale nie nachalny, dodatkowo z instrumentów emanuje ciepło. W przeciwieństwie do poprzedniego numeru zalecam słuchanie tego na schadzce.

16.Scientist – „Your Teeth In My Neck”

Najlepszy dubowy numer jaki słyszałem w życiu, ma wszystko co dub powinien mieć: pulsujący rytm, przestrzeń, prosty wolnościowy przekaz, i nierzeczywistą „zbakaną” atmosferę. W Ruchu Rastafari jest wiele wpływów z różnych, wyznań, i różnych religii, w tym utworze znajdziemy pojęcie ‚iman’ które zostało zapożyczone z Islamu, tutaj oznacza człowieka uznającego Boga z całą pewnością serca, jednocześnie akceptującego wszystkie boskie atrybuty (odsyłam tutaj)

17. Pharoah Sanders – „Colors”

Zaszczytem było zobaczyć tego przygarbionego staruszka na zeszłorocznej Bielskiej Jesieni Jazzowej, czymś absolutnie imponującym było doświadczyć tego jak przygarbiony staruszek łapiący za saksofon ujawnia w sobie życie którego nie powstydziłby się 40 letni mężczyzna. „Colors” jest przykładem muzyki która jest najlepszym lekarstwem na irytacje w zatłoczonych środkach publicznego transportu, albo nielubianej pracy. Kawałek jest przykładem na to że free jazz też może być przystępny.

18.Machine Head – „Imperium”

Co za riff, co za energia, co za manifest, zawsze tego słucham gdy coś uwiera mój mózg. „I’ll stand here defiantly, my middle finger raised”

19.The Black Keys – „Sister”

Dużo jeżdżę autostopem, a „El Camino” jest świetnym soundtrackiem do podróży za jeden uśmiech, kiedy widzisz mnie na poboczu z podniesionym kciukiem, całkiem prawdopodobne  że właśnie tego słucham. W „Sister” bass i perkusja tworzą zgrany duet niczym Guru i DJ Premier. Cała płyta jest mało wymagająca, ale niebywale atrakcyjna, dlatego troski ulatują daleko kiedy jej słucham, zostaje tylko droga…

20.Laver Bariu – „Do Marr Ciften, Do Dal Per Gjah”

Następna muzyczna pocztówka, tym razem z Serbii i Czarnogóry, tak wiem że to Albańska muzyka, ale słuchana podczas podróży przez Serbię i Czarnogórę. Przejęcie w wokalu, folk na styku wpływów Bałkańskich i Azji Mniejszej, niezauważony przez świat, autentyczny. Kocham klarnet.

Dodaj komentarz

Filed under Odrób lekcję!, Zawsze na odtwarzaczu

Must listen!: Wardruna – Runaljod – gap var Ginnunga

 

Znacie taki zespół jak Gorgoroth? Niewtajemniczeni mogą kojarzyć ich ze słynnego koncertu w Krakowie, który został przerwany, a black metalowa horda pozwana o obrazę uczuć religijnych, zresztą zobaczcie sami. Perkusista omawianego zespołu-Kvitrafn( z lat 2000-2004) zainicjował folkowy projekt o nazwie Wardruna, dobierając sobie takich muzyków do współpracy jak bluźnierca z Gorgoroth- Gaahl (wokal),  Lindy-Fay Hella (wokal), oraz Hallvard Kleiveland (hardingfele), samemu ogarniając wokal, bębny obręczowe, drumla, grzechotki, flety, rogi, i lirę. Jestem przyzwyczajony do tego, że folk niesie ze sobą ciepło i wzruszenie, tym razem sprawa wygląda inaczej. Muzyka wprowadza chłód i dumę ze swojego pochodzenia, co zapewne jest śladem wcześniejszych black metalowych dokonań członków zespołu.

„Nie widzę nic, od śniegu odbija się oślepiający blask białego słońca, na policzkach czuje smaganie mroźnego powietrza, otacza mnie nieokreślona zimna przestrzeń. Po małej chwili dostrzegam, że znajduje się na ośnieżonym płaskowyżu, tajemnicza mgła zasłania białe czubki gór widoczne gdzieś daleko na horyzoncie, wiatr niesie ze sobą słony zapach morza, dostrzegam także las, ciemny,  nieprzenikniony, gesty”

Gdyby muzyka byłaby krainą, a słuchanie przebywaniem w niej, opisałbym ją właśnie tak. Na tej płycie odnalazłem jeden black metalowy akcencik, i nie mówię tu o atmosferze, bo w końcu została ona zapożyczona przez black metal od tradycyjnego nordyckiego folku właśnie, mowa tutaj o zakończeniu słów w utworze „Kauna„, przeciągniętym chrapnięciem łudząco przypominającym black metalowy wokal. Oprócz tradycyjnych instrumentów i różnego rodzaju dźwięków z ust człowieka, usłyszymy także nagrane dźwięki jak: łopotanie flagi, szum drzew, odgłosy wydawane przez ptaki, wicher hulający po halach, szum strumyka, co tylko pogłębia atmosferę i zmniejsza dystans pomiędzy odbiorcą a artystami. Gardłowe wokale, rytmiczne wolne uderzanie bębna, wyjące rogi sprawiają, iż naprawdę przenoszę się w czasoprzestrzeni do Norwegii, kiedy żaden chrześcijanin nie postawił tam jeszcze swojej stopy. Do Norwegii dziewiczej, zdominowanej przez lasy, w których ciemnych gąszczach czają się paranormalne zjawiska będące później przedmiotem legend. Album w prosty sposób pokazuje wszystkim malkontentom, że ‚czarne metale’ mają łeb do muzyki, a do muzyki takiej jak ta na „Runaljod – gap var Ginnunga” trzeba bardzo dobrze znać kulturę, i mieć ogromne wyczucie dźwięku.

Dodaj komentarz

Filed under Must listen!

32. Rawa Blues Festival

 

Zawsze przy okazji tego typu wydarzeń korci mnie żeby ponarzekać sobie nad kondycją dzisiejszego bluesa, jednak tym razem nastawiłem się inaczej, nie oczekiwałem reinkarnacji Muddy’ego Watersa, spojrzałem na ten festiwal nie porównując.  Kilka koncertów niestety opuściłem, ale z całą pewnością mogę stwierdzić że line up w tym roku był bardzo zróżnicowany muzycznie. O to krótka i subiektywna relacja z koncertów na których dane mi było być…

The Reverend Peyton’s Big Damn Band

Przyszedłem trochę za późno delikatnie mówiąc, uczestniczyłem tylko w apogeum koncertu, ostatnich utworach… W każdym razie zdążyłem wyraźnie załapać co, i w jaki sposób grał zespół. Skoczne rytmy wygrywane na tarce, perkusji, i gitarze kojarzyły mi się z barami na parostatkach na Mississippi (nie mylić z delta bluesem). Po koncercie tarka została spalona, a potem cały zespół przytaszczył kufer i zawzięcie rzucali w stronę publiczności wszystkim co było w środku, co było dosyć zabawnym widokiem.

Davina & The Vagabonds

Dla niektórych najlepszy koncert na tegorocznej Rawie, dla mnie daleki od moich ideałów bluesa, aczkolwiek rewelacyjny. Po pierwsze brawa dla Daviny za charyzmę i osobowość sceniczną, Jej wokal można z dystansem porównać do Arethy Franklin, tylko bardziej niegrzeczny, a nawet powiedziałbym że rubaszny. Wokalistka prowadziła muzyczny dialog z muzykami dętymi, rozumieli się znakomicie. Dzisiejszy blues jest jedną wielką hybrydą różnych kierunków, a Davina i Vagabondzi nie są wyjątkiem, co dodatkowo akcentuje nietypowy zestaw instrumentów (kontrabas, puzon, trąbka, klawisze, perkusja,  zero gitary), widoczne mi były wpływy wiejskiego rhythm n’ bluesa, skocznego rock n’ rolla, oraz salonowego jazzu.
Robert Cray Band

Prawie nie robiąc kroku Cray wprowadził mnie i setki innych ludzi w osłupienie. Nic nie było naciągane w tym występie. Najbliższy mojemu ideałowi bluesa koncert na tegorocznej Rawie, bez zbędnego upiększania.  Mam wrażenie że koncert różnił się od studyjnego materiału, większa rola gitary, porażające solówki na klawiszach.

Eric Sardinas & Big Motor

Eric nieźle przygrzał na gitarze, nie można mu odmówić fachu  w tym co robi, gorący blues hard rock prosto z półpustyni. Byłyby dwie gwiazdki, ale cholernie nie lubię, i psuje mi wrażenie występu kiedy artysta co pięć minut mówi że publika jest wspaniała, że uwielbia ten festiwal, że w Katowicach blues żyje, i pyta się czy czujemy się dobrze, bardzo mi miło że okazuje nam szacunek, ale z publiką trzeba jak z kobietami, nie wolno im prawić nieuzasadnionych komplementów. Kłębek energii na scenie, świetny gitarzysta.

Podsumowując: warto przybyć na festiwal. Co z tego że blues już tylko wegetuje, i nie jest tym bluesem „granym z werandy”, jeśli mamy do czynienia z naprawdę dobrą muzyką…? Zachęcam wszystkich do uczestnictwa, jeśli Was nie stać na bilet (jak mnie),to w następnym roku rozejrzyjcie się za jakimś wolontariatem albo warsztatami, których trochę jest (jak ja). Jeśli chodzi o organizacje to nie zauważyłem żadnych zgrzytów, żadnych obsunięć czasowych. Podczas przerw między koncertami można zjeść sobie coś ciepłego w holu, pooglądać rękodzieła, niestety piwa napić się już nie można… alkohol według mnie jest nieodłączną częścią bluesa, ale wiadomo, mogłoby być to przyczyną dziwnych incydentów. Do zobaczenia za rok!

Dodaj komentarz

Filed under Eventy/Relacje

Jada zjadł Nasa, Luda zjadł wszystko

Dodaj komentarz

Filed under Video

Płyta Tygodnia: Charles Bradley „No Time For Dreaming”

Album brzmi jakby został nagrany w latach 60-tych, a tu niespodzianka: 2011! Zdecydowanie na plus. Charles Bradley brzmi prawie jak James Brown, i tutaj niestety na minus, nie dlatego że ‚prawie’, bo JB był tylko jeden, ale ponieważ zaszło to daleko za inspiracje, i jest naśladownictwem. Mowa tu o naśladownictwie kunsztownym jak Australian Pink Floyd Show, tyle że Bradley nie robi coverów.

Jeśli nie jesteś osłuchany(na) w soulu, ten album będzie dla Ciebie nie lada odkryciem, dla mnie jest solidnym rzemiosłem. Ja nie mam nic przeciwko inspiracji czasami które już dawno minęły, ale oczekuje trochę więcej w tym własnego stylu.

Tak czy siak wydawnictwo bez słabych momentów, słucha się tego z nieukrywaną przyjemnością, zagrane i zaśpiewane na bardzo wysokim poziomie, wszystko jest na swoim miejscu. Polecam gorąco!



4/5

(B-Jot)

Dodaj komentarz

Filed under Płyta Tygodnia