Z pamiętnika młodego zbieracza: Odc.2 „Kupujcie polskie rap płyty”

 młody zbieracz
Odc.2 „Kupujcie polskie rap płyty”
Będąc młodym zbieraczem płyt winylowych, przyszła raz do mnie myśl zagadkowa.
„Czemu ludzie kupują jak opętani te polskie hip-hopy na winylach?!”.
W poszukiwaniu odpowiedzi sięgnąłem pamięcią wstecz. Gdy byłem jeszcze nieco młodszym zbieraczem, w czasach wczesnego licealizmu, i mnie samemu oczy błyszczały na widok tylu obiektów kultu rodzimych hiphopowców…
Tytuły takie jak: Muzyka Poważna i Klasyczna, Nastukafszy, Masz i Pomyśl oraz teoretyczna możliwość ich posiadania wzmagała szybkość przepływu krwi w żyłach. Nie wymieniam mitycznych/ potencjalnie istniejących wydawnictw, jak Składanka Wspólna Scena, o której wspomina w wywiadzie dla Ślizgu Krzysztof Kozak, a jaka miała zostać sprzedana, a raczej „zgolona” cytując samego Kozaka, przez Dja Kostka na Allegro za „Piętnaście Baniek”.

Rynek polskich rapowych winyli wygląda dosyć imponująco. Płyty niedługo po premierze znikają całkowicie z magazynów, uzyskując status rzadkości i ceny windują do poziomu między 200 a 400 zł. Allegro miewa okresy istnych przepychanek o niektóre z tych tytułów.

Swoistym przełomem był pomysł niejakiego Tytusa, Właściciela rozpoznawalnej wytwórni Asfalt Records. Po zręcznej akcji marketingowej zapowiadającej tajemnicze wydawnictwo kolaboracji, o której nawet najstarszym rapowym głowom się nie śniło, wydano dwupłytowy album Podostrzyfszy.

Koncept nie najgorszy; eksploatowany do granic możliwości O.S.T.R. tworzy autorski remiks powołanego z zaświatów niedawno projektu Warszafski Deszcz. Co ciekawe, płyta nie miała kompaktowego odpowiednika. Ale informacją absolutnie  szokującą była ustalona bez skrupułów wartość produktu: 213 zł.
Czy za tą zaporową ceną stoi wrodzona przedsiębiorczość Tedego, pewność wysokiej sprzedaży własnych płyt OSTR-a, czy swoisty gest obrony przed resellerami, jakim osłaniał się od zarzutów o chciwość Tytus, ciężko dociec.
Znalazło się sporo mistrzów którzy po usłyszeniu wystrzału od razu popędzili do internetowego sklepu na złamanie karku.
– Kto pierwszy ten lepszy – przekrzykiwano się w tym wariackim biegu po skrajnie powściągliwie wydaną płytę (czarna kartonowa koperta + sticker).
– To ja zgarnę najwięcej egzemplarzy, a potem zbiję kokosy – myśleli inni zapaleńcy.
Na Wikipedii czytamy: „Ściśle limitowana edycja, wytłoczono tylko 400 egzemplarzy.” Ta informacja u co bardziej kumatych wywoła lekki uśmiech. Słowo „TYLKO” wziąwszy pod uwagę cenę, oraz ilość faktycznych odbiorców polskiego rapu na winylach wydać się może wypowiedzianym nieco na wyrost.
Szybki rzut oka na archiwum allegro i nie pozostawiające złudzeń wnioski:
Jeden jeleń nacięty w gorączce na kupno tej produkcji wkrótce po premierze za 280PLN, poza tym… Fenomen! Chyba jedyna płyta z polskiego rapu która na allegro osiąga cenę niższą niż w sklepie!? Przecieram oczy ze zdziwienia.

Co powoduje ten zwariowany pęd?

Nośnik?

Wydanie??

Jakość Brzmienia???

Skrecz????

zadam pytanie retoryczne: ilu z tych, którzy kupują polskie rapsy, jedzie na gramofonie typu Bernard albo Bambino?
[dla niewtajemniczonych dodam, że skreczowanie na tego typu gramofonie jest bardziej niż niewskazane, zresztą i sam odsłuch szybko degraduje płytę].

Co do nośnika mogę przyznać rację: Winyl jak by nie było, od czasów Kool Herca jest kultowym i głównym, acz nie jedynym, nośnikiem muzyki hip-hopowej. Potem taśma magnetofonowa a wreszcie kompakt; wszystkie istotnie wpływały na Kulturę.
Miło jest popatrzeć na tę lśniącą, zazwyczaj czarną powierzchnię, pomacać, poobracać w dłoniach.
Można poczuć tego unikatowego ducha jedności z korzeniami Kultury, przez chwilę być jak Bam albo Dj Premier.
Jednak dzisiaj oryginalnym nośnikiem większości produkcji jest CD (choć zastępowany coraz częściej niematerialną mp-3). To CD wychodzi w dniu premiery materiału, długość trwania muzyki i brzmienie dostosowana jest do standardów kompaktu.

Dalej zaczynają się schody.
Wydania Polskich płyt hiphopowych zdają się podążać za myślą purytańską. I nie mówię tu o uroczej Jamajskiej skromności (związanej z budżetem), czy Norweskim zamierzonym obskurantyźmie.
Duża część z tych płyt jest wydana po prostu niechlujnie. Okładka drukowana z rozciągniętego na siłę pliku źródłowego (projekt docelowo na kompakt), Często brak pełnej szaty graficznej, dostępnej w booklecie dołączanym do CD. Przekłamania kolorów, kiepska łamliwa tektura, rażąco duże, doklejone na siłę znaczki instytucji zaprzyjaźnionych. Praktycznie brak w polskim rapie winyli wydanych w zgrabnym gatefoldzie [dla niewtajemniczonych: okładka rozkładana].
Nie chodzi mi o fajerwerki, ale o niezbędne minimum, które pozwala cieszyć się z obcowania z materialnym wydaniem. I przede wszystkim niech pozwolą (każą) tym samym projektantom od kompaktu zaprojektować okładkę wersji analogowej! Wytwórnie, nie oszczędzajcie na dizajnerach!

Bardzo dobry EP Łony i Webbera Insert… Kto wpadł na durny pomysł drukowania imitacji powierzchni szarego kartonu na gładkim kredowym papierze? Serio, jestem przekonany że sitodruk (szata graficzna ma tylko jeden kolor) na prawdziwym szarym kartonie byłby nie dość że tańszy to jeszcze tysiąc razy bardziej efektowny wizualnie.

Przypomina mi się przykład płyty, na którą miałem niegdyś ochotę, mianowicie winylowe wydanie Zamachu na przeciętność Mesa. Oryginalna okładka kompaktu sama w sobie jest już nieco z dupy. Rozmydlenie zdjęcia miało sugerować obraz z telewizora. No super. Gdy sobie wyobrażam to w powiększonej jeszcze skali, na błyszczącym papierze, aż mnie dreszcz obrzydzenia przebiega.

Płyta wkrótce, o ile nie w dzień po premierze została całkowicie wyprzedana, i już po chwili można było znaleźć egzemplarze o 100 zł droższe na Allegro.
Na moje nieszczęście przespałem dzień sprzedaży i musiałem obejść się smakiem. Ale gdy się wczytałem w opis płyty nieco bardziej, zauważyłem, że jest to wydanie jedno-płytowe, na którym zmieściło się mniej więcej 2/3 oryginalnego materiału, pomijająca m.in. błyskotliwy „Co jest Warte uwagi” oraz humorystyczne skity, nie mówiąc o bonusowym (w sumie lepszym) krążku z rozszerzonej edycji kompaktowej.
To kolejna ułomność dziesiątek rapowych (i nie tylko) wydań. Okrojona i to nieraz bardzo znacznie tracklista. Jaki jest sens kupowania mniej za więcej? Podkreślam, że ceny nowych płyt winylowych są u nas jeszcze średnio dwa-trzy razy wyższe niż kompaktu, pomijając oczywiście proceder resellingu.

Może więc to jakość brzmienia jest tym, co skłania do takiego wyboru i stosunkowo dużego popytu na rapwinyle?
W teorii winyl ma nieskoczenie wyższą dynamikę brzmienia niż kompakt, który jest z góry napiętnowany częstotliwością cyfrowego próbkowania. W praktyce nie jest tak kolorowo, bo są jeszcze do tego prawa fizyki, więc jakby komuś zażyczyło się mieć tłusty bas rozciągnięty na szerokość całej płyty, najpewniej zamiast basu usłyszy równie niski, ale nieco mniej przyjemny przydźwięk „jeb” gdy igła raptem wyskoczy z rowka i z całym ciężarem ramienia upadnie kawałek dalej.
Ale prawdą jest, że winyl może brzmieć lepiej niż kompakt. Nie mam wątpliwości.
Jednak weźmy to na zdrowy rozsądek: gdy producent robi bit cyfrowo, raper rejestruje na mikrofonie podłączonym do komputera zamiast taśmy; ile w tym dźwięku może być słynnego analogowego ciepła i miękkości? To wszystko jest bardzo ograniczoną imitacją. Nie ta technologia, nie ta muzyka.
Przykłady z życia pokazują, że płyty z polskim rapem mają karykaturalnie przerysowany bas (czy nie można sobie podkręcić samemu na wzmacniaczu?),  odstające wysokie tony, często nienaturalne/zaklajstrowane brzmienie. Zdarza się, że jakość tłoczenia też pozostawia wiele do życzenia. Czesi, bo to u nich tłoczy większość, nie słyną ze skrajnej precyzji. Kilka osób narzekało na przykład na Coraz Gorzej Afrontu, który,  na winylu zmieścił całą długość oryginalnego albumu (co się akurat chwali), jednak wymusiło to tak gęste upchanie rowka, że połączeniu z życzeniem dużej dynamiki powoduje częste wypadanie igły ze ścieżki.

Jest jeszcze jedna dyskusyjna kwestia… Rozdziewiczasz sobie spokojnie nowy winyl  Twoja igła już od początku zbiera sporo trzasków. Nie, to nie elektrostatyka. To po prostu sampel winylowego trzasku. Wiem, że utwór ma mieć jakiś nakreślony przez producenta klimat… Ale winyl z czasem nabędzie swój unikatowy, niepowtarzalny trzask. Po co sztucznie ten proces imitować?

Winyl wymaga osobnego, kosztownego przygotowania.
Kto ma uszy niechaj słucha.

Chyba, że to wyjątkowa muzyka sprawia, że tylu ludzi gotowych jest płacić krocie za te perełki?
Lubię polski rap, ale jakich kryteriów by nie przyłożyć, brakuje mu lat świetlnych do poziomu tej muzyki w jej ojczyźnie. Idąc dalej: chyba trzeba mieć klapki na uszach, żeby wypróżniać portfel na jakiś marny rapik, gdy rzeczywistość wokoło aż kipi od GENIALNYCH  płyt całej maści różnych prądów, gatunków i rzeszy wykonawców, począwszy od bliskiego rapowi funku, na nieco bardziej poważnej muzyce poważnej kończąc. Są różne zajawki kolekcjonerskie, ale amuzyczną fiksacją jest zamknięcie się wyłącznie w polskim rapie.

Mając do wyboru również rzadkie, ale poszukiwane i doceniane na całym świecie (zresztą nie bez powodu, bo po prostu wielokrotnie bogatsze muzycznie) wydawnictwa z rockiem, jazzem lub bluesem, a porównywalne cenowo nasze zaściankowe rarytasy… raczej nie mam wątpliwości co wybrać.
To co zawdzięczam rapowi to dużą otwartość na różnorakie zajawki muzyczne.

Groteską jest patrzeć na profile kolekcji niektórych amatorów polskiego rapu, którzy skwapliwie zamieszczają w internecie zdjęcia prezentujące ich dorobek starannie ułożony na tureckim dywanie lub gustownych panelach podłogowych. Wierzcie, lub nie, widziałem trochę takich zdjęć.
Nie chcę studzić zapałów ani zanadto krytykować, wszak od czegoś musicie zacząć. Ale dla czego po kupieniu niskobudżetowego CD Greatest Hits Milesa Davisa, czy innego Prince’a lecicie od razu po winyl Jak Nie Ty To Kto? ?!

Wyjątkiem na tle tego smutnego pejzażu jest ekipa Junoumi. Kilkoma wydawnictwami z serii Junoumi udowodnili, że winyl to nie jest bezzasadny, wydumany kult. Na ich płytach (Junoumi 1-3 były tłoczone na kolorowych winylach) słuchacz znajdzie niepublikowane nigdzie indziej utwory czołowych polskich wykonawców.


Rzec można że każde z tych wydawnictw gromadzi śmietankę nad i pod-ziemia. Nie było mi dane sprawdzić jakości brzmienia tych nagrań, ale ufam że ludzie z taką zajawką podeszli do pracy odpowiedzialnie.
Chociaż nawet im zdarzają się knoty, jak wspomniany „Zamach…” , który powstawał z ich współudziałem.

Również reedycje klasyków z polishvinyl.com wyglądają całkiem uczciwie: wydane w gatefoldzie Nastukafszy, czy Archiwum Kinematografii, albo Skandal. Są to płyty niewątpliwie zasługujące na wydanie ich w godziwej formie.

Muszę przyznać, że wspomniany już Asfalt prezentuje też czasami wyższą niż przeciętnie jakość. Do miłych gestów z jego strony należy dołączanie ksiązeczki z kompaktu do winylowych wydań niektórych płyt (np. Season One), czasami plakat lub gratisowy sticker. TO wszystko cieszy oko kolekcjonera. Często też  wypuszczane analogi zaprojektowane i wydane są z należytą dbałością.

***
Obserwując przez pewien okres to specyficzne zjawisko zwane polskie winyle z rapem, doszedłem do wniosku, że zbieraczy faktycznie zainteresowanych posiadaniem tych płyt jest nie więcej jak połowa z ogółu kupujących. Reszta ostrzy sobie zęby na łatwy zysk z resellingu. Tacy kupują po 3 lub więcej egzemplarzy i odkładają na półkę (często nawet nie za bardzo wiedzą jak należy trzymać płyty, stąd na aukcjach można naciąć się na płyty opisywane jako „nowe”, a faktycznie posiadające rysy, zagniecione lub rozklejone okładki). Oczywiście  duży odsetek tych ludzi w życiu nie miało gramofonu.
Myślę, że zdarza się, że płyta zakupiona świeżo ze sklepu ląduje na aukcji a potem już z dodaną wartością kupuje ją kolejny reseller (który ma nadzieję na jeszcze wyższy zysk). To już ma znamiona procederu manipulacji. Niemniej wąskie środowisko zajawkowiczów/bananowych biznesmanów lubi się wzajemnie niezmiernie, zapewniając ciągły przepływ pieniędzy, wzbogacający prawie każdego.
Duża sprzedaż oraz rosnąca ilość dostępnych (i niedostępnych) tytułów pokazuje dobitnie, że zapotrzebowanie na rodzimy rap na winylach nie słabnie.
„Warto oryginalny nośnik mieć” słuchajcie Dono, on Wam dobrze radzi.
Jak nie pogubić się w gąszczu spekulacji, manipulacji, powszechnej gorączki i cenowej padaczki?
Rozumiem zajawkę, ale czasem warto zajawkę wziąć pod włos rozumem.
Reklamy

Dodaj komentarz

by | 14 stycznia 2013 · 21:02

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s