Z pamiętnika młodego zbieracza: Odc.1 „Rozczarowania”

młody zbieracz

 

Będąc młodym zbieraczem płyt winylowych, przyszła raz do mnie długo wyczekiwana paczka zza oceanu.
Gdy posługując się niezgrabnie wypisanym awizo wreszcie odbierałem przesyłkę z okienka na Poczcie Głównej, serce chciało wyskoczyć mi z klatki. Drżącymi rękoma przeszukałem kieszenie, mając nadzieję natrafienia na jakiś ostry przedmiot którym będę mógł uwolnić drzemiące wewnątrz paczki moce. Klucz do mieszkania nadaje się idealnie – przyznacie sami. Szara taśma poddała się nie bez walki, ale wkrótce mogłem już wyjąć zawartość opakowania.

Pierwsza pokazała się intensywnie czerwona i połyskująca w promieniach Słońca okładka „Modern Sounds in Country and Western Music” Raya Charlesa. Amerykański longplay o kultowym statusie, wydany w 1962r.

http://earphoneadventures.files.wordpress.com/2012/06/ray-charles-modern-sounds-in-country-and-western-music.jpg

Zdjęcie muzyka znajdującego się w ekstatycznym transie zdawało się doskonale odzwierciedlać mój nastrój. Porządnie wydany album, z solidną, piękną okładką, ciężką i świetnie brzmiącą płytą.

Po chwili, tuż za nią dostrzegłem coś co wzbudziło moje podejrzenia.
Ta druga (dużo rzadsza i bardziej wyczekiwana) płyta miała wszak, nie jak poprzednia, błyszczącą, laminowaną, a MATOWĄ okładkę!!!

https://i0.wp.com/ecx.images-amazon.com/images/I/41yLl37RFpL.jpg

Jest to arcydzieło bluesowego mentora: Johna Lee Hookera „It Serve You Right To Suffer” z 1966 roku. Sześć nasyconych, nagranych w kameralnym składzie elektrycznych kompozycji.

Jak to może być; zachodzę w głowę – przecież oryginalne amerykańskie Impulse’owskie wydania
z lat 60-tych wszystkie były laminowane… A sprzedawca przecież zarzekał się, że to nie jest absolutnie żadna reedycja.
Narastający od samego rana entuzjazm ustępował chłodnej fali zaniepokojenia.
Mało tego – róg okładki odcięty – na znak wyprzedaży w amerykańskich sklepach płytowych [ta barbarzyńska praktyka, popularna szczególnie chyba w latach 70-tych to „cut-out”, coś jak obrzezanie płyty, której nikt nie chciał].
Karton z jakiego zrobiono okładkę też jakiś taki dziwnie chudziutki…
I ten zaskakujący napis u góry: „Stereo” zamiast „Mono”.
Lekkie przytarcia na krawędziach nie są mnie w stanie już zmartwić. Zaglądam do wnętrza, ale już tylko po to by przybić ostatni gwóźdź do trumny w którą schowałem swoje nadzieje.
Koperta wewnętrzna o szarozielonym odcieniu a wreszcie gradientowy Label z napisem ABC zamiast typowego „4 I” Impulse’a; na wiotkiej i cieniutkiej, zamiast sztywnej i grubej płycie; przesądzone. Dostałem okruch szczęścia: pajda przeszła mi pod nosem.

Rozczarowanie – kamień na który natrafiają nasze kolekcjonerskie zakusy. Jedni powiedzą: co do cholery, chciałeś mieć tą płytę, czy nie?
Owszem że chciałem, ale zgodnie z tym co opisał sprzedający, już wybudowałem sobie wyobrażenie mojego pierwszego kontaktu z ta perełką. I to miała być perełka! To co przyszło to była namiastka, substytut, tani zamiennik, imitacja; wznowienie.
-Ale przecież liczy się muzyka! – kontynuuje racjonalista. I tu dochodzimy do sedna;
-TAK, liczy się muzyka…

…tak, ale… Kolekcjonerom tłumaczyć nie muszę, ale powiem to dla niewtajemniczonych. My, zbieracze nie jesteśmy do końca normalni. Kolekcjonowanie to coś jak mania, fiksacja umysłowa, upośledzenie. Nie ma się czym chwalić, taka jest przykra prawda.
My zwracamy uwagę na tysięczne szczegóły; ale jednym z kluczowych jest WYDANIE. WYDANIE, które powinno być ORYGINALNE, czyli PIERWSZE; to takie, które pochodzi z kraju w którym zarejestrowano materiał, oraz fizycznie zostało wykonane w roku premiery, w szerszym znaczeniu to również szereg innych cech (oraz wyjątków), ale mówiąc najprościej tak to wygląda. Zatem każde kolejne wydanie to (poza wyjątkami ma się rozumieć) niepełna przyjemność posiadania. Dla tego płaci się za nią zazwyczaj proporcjonalnie mniej. Ale w momencie gdy nastawiłem (napaliłem) się na PIERWSZE WYDANIE a dostałem reedycję, popadłem w dziwne odrętwienie. Bo z jednej strony to rozpromieniająca świadomość, że oto mam wymarzony krążek, którego wszyscy bez wyjątku będą mi od teraz zazdrościli, a z drugiej strony gorzkie rozczarowanie, smutek i poczucie bycia wykorzystanym, bo płyta odbiega od wyśnionego ideału. Podobnego uczucia muszą doznawać rozpieszczone bachory które molestują swoje matki o klocki LEGO a dostają jakieś ELEFUNY. Niby da się składać…

W internetowej dżungli najłatwiej o rozczarowania; ile to razy zdarzyło mi się, że rzekomo „bardzo dobry stan” to był taki, że rysa rysę rysą pogania…
Albo przyślą Ci inną płytę w innej okładce, albo w ogóle zapomną o jakimś krążku wśród natłoku innych zamówień.
To w sumie tak bardzo nie boli – dosyć łatwo rościć o zwrot kosztów (lub części kosztów).
Gorzej gdy jakiś pacjent zapakuje rzadkie wydanie w folię i gazety; intencje niby dobre, ale drżyjcie polskie płyty o cieniutkich papierowych okładeczkach. Wszystkie rogi pomięte , okładka zrujnowana, kolejna płyta z nakładu zdegradowana ze swoim stanem – i kogo obwiniać? Chociaż muszę powiedzieć że w tym temacie i Poczta Polska ma swoje niepodważalne zasługi.
Gdy byłem jeszcze młodszym zbieraczem, zamówiłem pewnego razu „Electric Ladyland” Hendrixa. Oczywiście wyszukałem dla siebie na aukcji brytyjskie wydanie z bardzo atrakcyjną okładką (której ponoć sam Jimi nie lubił – ???)

https://i0.wp.com/www.realroots.co.uk/wp-content/uploads/2010/05/ELL.jpg

Piękny album nie dość że okazał się [nieco] późniejszym wznowieniem, to jeszcze miał dosłownie wszystkie rogi tej ślicznej, dwuskrzydłowej okładki zagięte, mimo naprawdę solidnego opakowania. Tak więc cierpią te biedne, nagie połamane niewiasty na mojej półce;
choć jestem pewny że lepiej im tam, niż w śmierdzącym pocztowym worze.
Pan pocztowy, wysoki, wątłej budowy mężczyzna o obfitym wąsie powiedział, że oni tu nie mają w zwyczaju zwracać uwagi na takie rzeczy, gdym mu ze łzami w oczach pokazywał na kilka jaskrawych naklejek na paczce informujących, że „Fragile” i że należy zachować szczególną ostrożność.
Co kraj to obyczaj.

Tak bracia zbieracze, rozczarowania to nasz chleb powszedni i trzeba się z tym pogodzić.
Jak dobrze, że chociaż hajs się zgadza…

P.S.
sprzedawca zwrócił mi część kosztów, a płyta brzmi przepięknie, to wspaniale zachowane bardzo dynamiczne tłoczenie . Koniec końców rozczarowanie jakoś tam rozeszło się po kościach, zostawiając niekłamaną radość konsumpcji.

Advertisements

Dodaj komentarz

Filed under Z pamiętnika młodego zbieracza

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s