32. Rawa Blues Festival

 

Zawsze przy okazji tego typu wydarzeń korci mnie żeby ponarzekać sobie nad kondycją dzisiejszego bluesa, jednak tym razem nastawiłem się inaczej, nie oczekiwałem reinkarnacji Muddy’ego Watersa, spojrzałem na ten festiwal nie porównując.  Kilka koncertów niestety opuściłem, ale z całą pewnością mogę stwierdzić że line up w tym roku był bardzo zróżnicowany muzycznie. O to krótka i subiektywna relacja z koncertów na których dane mi było być…

The Reverend Peyton’s Big Damn Band

Przyszedłem trochę za późno delikatnie mówiąc, uczestniczyłem tylko w apogeum koncertu, ostatnich utworach… W każdym razie zdążyłem wyraźnie załapać co, i w jaki sposób grał zespół. Skoczne rytmy wygrywane na tarce, perkusji, i gitarze kojarzyły mi się z barami na parostatkach na Mississippi (nie mylić z delta bluesem). Po koncercie tarka została spalona, a potem cały zespół przytaszczył kufer i zawzięcie rzucali w stronę publiczności wszystkim co było w środku, co było dosyć zabawnym widokiem.

Davina & The Vagabonds

Dla niektórych najlepszy koncert na tegorocznej Rawie, dla mnie daleki od moich ideałów bluesa, aczkolwiek rewelacyjny. Po pierwsze brawa dla Daviny za charyzmę i osobowość sceniczną, Jej wokal można z dystansem porównać do Arethy Franklin, tylko bardziej niegrzeczny, a nawet powiedziałbym że rubaszny. Wokalistka prowadziła muzyczny dialog z muzykami dętymi, rozumieli się znakomicie. Dzisiejszy blues jest jedną wielką hybrydą różnych kierunków, a Davina i Vagabondzi nie są wyjątkiem, co dodatkowo akcentuje nietypowy zestaw instrumentów (kontrabas, puzon, trąbka, klawisze, perkusja,  zero gitary), widoczne mi były wpływy wiejskiego rhythm n’ bluesa, skocznego rock n’ rolla, oraz salonowego jazzu.
Robert Cray Band

Prawie nie robiąc kroku Cray wprowadził mnie i setki innych ludzi w osłupienie. Nic nie było naciągane w tym występie. Najbliższy mojemu ideałowi bluesa koncert na tegorocznej Rawie, bez zbędnego upiększania.  Mam wrażenie że koncert różnił się od studyjnego materiału, większa rola gitary, porażające solówki na klawiszach.

Eric Sardinas & Big Motor

Eric nieźle przygrzał na gitarze, nie można mu odmówić fachu  w tym co robi, gorący blues hard rock prosto z półpustyni. Byłyby dwie gwiazdki, ale cholernie nie lubię, i psuje mi wrażenie występu kiedy artysta co pięć minut mówi że publika jest wspaniała, że uwielbia ten festiwal, że w Katowicach blues żyje, i pyta się czy czujemy się dobrze, bardzo mi miło że okazuje nam szacunek, ale z publiką trzeba jak z kobietami, nie wolno im prawić nieuzasadnionych komplementów. Kłębek energii na scenie, świetny gitarzysta.

Podsumowując: warto przybyć na festiwal. Co z tego że blues już tylko wegetuje, i nie jest tym bluesem „granym z werandy”, jeśli mamy do czynienia z naprawdę dobrą muzyką…? Zachęcam wszystkich do uczestnictwa, jeśli Was nie stać na bilet (jak mnie),to w następnym roku rozejrzyjcie się za jakimś wolontariatem albo warsztatami, których trochę jest (jak ja). Jeśli chodzi o organizacje to nie zauważyłem żadnych zgrzytów, żadnych obsunięć czasowych. Podczas przerw między koncertami można zjeść sobie coś ciepłego w holu, pooglądać rękodzieła, niestety piwa napić się już nie można… alkohol według mnie jest nieodłączną częścią bluesa, ale wiadomo, mogłoby być to przyczyną dziwnych incydentów. Do zobaczenia za rok!

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Eventy/Relacje

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s