Stalley – Ohio (co jest cięte).

W związku z nadchodzącymi koncertami brodacza z Ohio w Polsce (7 marzec – Katowice, Mega Club; 8 marzec – Gdańsk, Klub B90), nadarzyła się doskonała okazja by  przybliżyć materiał, z którego promocją Stalley przylatuje do naszego pięknego kraju. Mowa tu oczywiście o  wydanym nakładem imperium Rick Ross`a – Maybach Music Group – albumie „Ohio”. Krążku, nagrywanym na przełomie lat 2012-2014, poprzedzonym EPką „Honest Cowboy” i licznym mikstejpami, z których na największą uwagę zasłużył sobie pamiętny „Lincoln Way Nights” – wypełniony po brzegi świetną muzyką, był powiewem świeżości, mocno odznaczając na scenie reprezentanta Massillon. Dlatego tak trudno traktować mi „Ohio” w kategoriach debiutu, zważywszy na będący w podsumowaniach roku 2011 m.in. na 07, właśnie wspomniany „Lincoln Way Nights”, przywołujący wiele miłych i dobrych wspomnień.

W przeciwieństwie do opisywanego tu wcześniej debiutu Joey`a Badass`a „B4.Da.$$”, po pierwszym LP Stalley`a nie spodziewałem się konkretnego rozpierdolu. Album traktowałem bardziej w kategoriach fajnej rzeczy do okazyjnego posłuchania, bo przecież nic nie osiągnie poziomu dożywotnio spropsowanego „Lincoln Way Nights”. I jak to w życiu, okazało się zupełnie inaczej. Oczywiście, „Ohio” nie jest ani lepsze, ani gorsze od LWN, daleki jestem również od stawiania znaku „równa się”. Najnowsze nagranie podopiecznego Maybach Music to nic innego jak kolejny krok naprzód w karierze i oznaka dalszego rozwoju. Niewątpliwie, do góry poszły skille naszego bohatera, a ucho do bitów straciłby tylko wtedy gdyby mu je odcięto. Zresztą przy produkcji Rashada, odpowiedzialnego za 8 z 12 numerów zawartych na albumie, muzykę można brać w ciemno – taki to utalentowany zuch. Nie mylił się wcześniej, nie pomylił się i na „Ohio”. Wysmażył największe bangery na krążku jak otwierające „Jackin’ Chevys” i „Always Into Something” z idealnie pasującym refrenem Ty Dolla Sign (cóż za beznadziejna ksywka), co więcej, do obu numerów powstały klipy. Video ładne, ale nie wnoszące niczego do odsłuchu, ot proste obrazki, zatem nic nie stracicie, nie partycypując w tym. Zadbał też o spokojniejsze momenty, swobodnie płynące „3.30pm” i następujące po nim „Chevelle”. Ważną cegiełkę, a właściwie cegłę, dołożył Noel, podkładem do  cykającego „One More Shot”, przypominającego momenty z trylogii The Weeknd, przy której swoją drogą był asystentem produkcji. Kawałek tak się spodobał, że postanowił położyć na nim słowa sam Rysiek.

Za sukcesem „Ohio” poza jego autorem, stoi przemyślana selekcja i wysoki poziom produkcji. Rzeczywiście, postawiono tu na 11 kompletnych tracków, dbając o każdy moment i detal, unikając zbędnych wypełniaczy. Słychać głośno i wyraźnie,że album powstawał bez pośpiechu, pod czujnym okiem Stalleya, który już przed pierwszym wejściem do studia wiedział jak ma wyglądać cały projekt, od a do z. Jeśli całość miała sprawiać wrażenie poukładanej i wyważonej dawki muzyki, to udało się w 100%. Najistotniejsze jest to,że przy całej tej harmonii, nie ucierpiał klimat nagrań jaki serwuje Stalley, począwszy od LWN, z jak na razie punktem kulminacyjnym w postaci „Ohio”. Klimat charakterystyczny dla Ohio, dla północno-wschodnich Stanów, oddany przez człowieka stamtąd.

9 na 10 bo dyszek już się nie daje.

 

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Co Jest Cięte, Eventy, Luźne gadki, Must listen!, Płyta Tygodnia

Co jest cięte, nie do końca – B4.Da.$$

Joey Badass – B4.DA.$$ (Full Album)

Wydany początkiem 2k15, debiutancki studyjny album twórcy kolektywu Pro Era, niestety nie okazał się pociskiem takiego rażenia jakiego się spodziewałem. Być może popełniłem błąd za wysoko stawiając poprzeczkę Badass`owi , ale cholera, należy wymagać sporo od jednego z większych talentów ostatnich lat, autora świetnego przecież „1999”, mikstejpu „Summer Knights” i licznych nagrań w ramach Pro Era. Zdaję sobie sprawę, że to tylko 20-latek, a forma jaką prezentuje to klasyczny, surowy hip-hop, a takim właśnie „B4.Da.$$” jest w całej okazałości, jakkolwiek po singlowych „Christ Conscius”, „Big Dusty” czy opartego na kapitalnej linii basowej  „No.99”, rokowałem tu krążek roku (mimo stycznia!). Nie zrozumcie mnie źle, to przede wszystkim ponad godzina rapu z samego serca Nowego Jorku, kwintesencja najfajniejszych rzeczy w grze jakie dało to „święte” miasto, album żywcem wyjęty z lat 90tych, zrobione „po bożemu” ortodoksyjnie hiphopowe gówno. Dla tych, którzy zatrzymali się na „Illmatic” to najwyższa nota z możliwych, dla wymagających skurwieli, piszących pseudorecenzje jak ta, osłuchanych jak czytelnicy zerosiedem dat com, już nie bardzo. Nie chcę napisać, że to odgrzewany kotlet, ale gros z dźwięków na „B4.Da.$$”, słyszałem wcześniej. Najmocniejszymi, wybijającymi się ponad całość akcentami, bez wątpienia są single, zaś pozostałe numery tworzą spójne tło dla szefa całej tej zabawy – Joey`a. I taki jest to album, podręcznikowy hołd dla złotej ery, z przyciągającym słuchacza delivery świeżego kota. Mimo wszystko, mimo tej „klasyczności”, słucham tego przynajmniej raz  w tygodniu, bo niewykluczone, że takie to właśnie miało być, a ja szukam dziury w całym! (pamiętajcie,że w bonus tracku gości Action Bronson)

6.5, a w niektóre dni jak jestem bardziej czarny to 7.0 na 10.

badmon!badmon!

Joey! Przyleć do Polski, zrobimy Ci jakieś bardziej skomplikowane bity, połamiemy perkusję na dziwnych samplach i będziesz królem hipsterów.

Dodaj komentarz

Filed under Co Jest Cięte, Luźne gadki

Z pamiętnika młodego zbieracza: Odc.3 „Absurd i Nonsens”

młody zbieracz

Będąc młodym zbieraczem płyt winylowych, zrobiłem raz porządki wśród mojego zbioru. Natknąłem się na kilka dziwacznych tworów. Oto kilka z nich:
ładysz
1. Bernard Ładysz „Pieśni Murzyńskie/ Negro Songs” EP, Muza

Bernard Ładysz- Missisipi

*

Pierwsze kuriozum to polska „czwórka” wydana, sądząc po labelu, gdzieś na początku lat 60-tych. Znany w kręgach odbiorców muzyki „poważnej” Bernard Ładysz, wokalista basowy, postanowił nagrać kilka utworów które przerastają moje pojęcie. Wziął on na warsztat tradycyjne afroamerykańskie pieśni i zaśpiewał je po swojemu, z operowym rozmachem i właściwą sobie emfazą. Aż łzy same cisną się do oczu, gdy słyszymy o tęsknocie pana Bernarda do utraconej Wirginii i o jego krwawiącym murzyńskim sercu. Albo gdy opisuje blaski i cienie życia zbieracza bawełny znad Missisipi.

Choć ciężko w to uwierzyć, ktoś zdecydował się przetłumaczyć oryginalne teksty na język polski. No tak! Przecież na okładce, z tyłu jest wyraźne ostrzeżenie „Pieśni Murzyńskie/Negro Songs – śpiewa Bernard Ładysz/ bas w języku polskim”
Głos Ładysza, nie będę owijał w bawełnę (sic!) więcej irytuje niż dostarcza przyjemności. Sama idea nagrania „murzyńskich pieśni” po polsku i w dodatku z operową manierą też jest beznadziejna. Płytę pewnie dawno bym wyrzucił. Sprawa jednak komplikuje się, gdy weźmiemy pod uwagę przepiękną kolorową okładkę, a także paradoksalnie całkiem niezłe jazzujące podkłady muzyków towarzyszących wokalowi. No i unikatowość wydawnictwa – kto mógł na to wpaść?! Tak więc pierwszy w Polsce „biały Murzyn” zostaje na mojej półce. Wyjątkowo groteskowa muzyka.
missa luba
2.Les Trubadours Du Roi Baudoin „Missa Luba” EP, Philips
 
Les Trubadours Du Roi Baudoin „Agnus Dei”
*
Skoro jesteśmy przy Murzynach, oto wspaniała EP Phillipsa „Missa Luba”. W tym włoskim wydaniu, które kiedyś dorwałem za dwa złote na targu, uwagę przyciąga specyficzna okładka. Nie wiem; być może to tylko moje skojarzenie, ale głęboka czerwień tła, pochylona głowa czarnoskórego mężczyzny i ostro zarysowany krzyż nad nią, niepokojąco przypominają mi o krwawej kolonizacji Afryki. O latach niewolnictwa, apartheidu, o siejących spustoszenie zarazach, niesprawiedliwości i całym cierpieniu które przyniósł ze sobą Europejczyk pod sztandarem krzyża, którego symbolu użył do własnych, niskich celów. Sama płytka to pięć utworów religijnych nagranych w Kongo z niespotykaną żarliwością i szczerością. Dziwny, podniosły nastrój towarzyszy tym pieśniom.
barbarella
3.Orquestra Nilo Sergio „Joanna, Barbarella, the Fox e outros grandes temas do cinema”, mini LP Musidisc
Orquestra Nilo Sergio ” Barbarella”
*
Inną ciekawostką jest również mała  płytka, wydana tym razem w Brazylii. Zaradni Brazylijczycy wyprzedzili historię fonografii, mieszcząc na siedmio-calowym krążku zawartość pełnego longplaya (kto nie rozumie, odsyłam do lektury: http://en.wikipedia.org/wiki/Gramophone_record). Dla ułatwienia powiem że „normalna płyta”, tzw. longplay ma średnice ok.32 cm i mieści jakieś 45 minut muzyki, a te małe czarne płytki rozmiarem zbliżone są do kompaktu i zawierają zazwyczaj około 10 minut materiału)! Okazuje się, że powstała cała seria tych zmyślnych wydań, reklamowana hasłem „miniaturize a sua discoteca”. Najbardziej poszukiwaną częścią jest płytka The Kinks. Nigdy wcześniej ani później nie spotkałem się z tego typu wydawnictwami. Naturalnie ściskając materiał z 12 cali na 7, dynamika musiała ucierpieć. Hiper-drobnorowkowy zapis skończył się czymś w rodzaju analogowej empetrójki, suchej i płytkiej. Ale za to można ją było wziąć ze sobą niemal wszędzie! Co do samej muzyki, to są to przeciętne wykonania motywów z muzyki filmowej lat 60-tych, w tym melodii z świetnej erotyczno-psychodeliczno-fantastycznej „Barbarelli” (w roli głównej cudowna Jane Fonda).
barbarella
pocztowka dzwiekowa
4. [nie wiem]
*
Kiedyś wpadł mi w ręce, sprezentowany przez kogoś wśród kilku innych płyt, dziwny foliowy świstek. Na tym cieniutkim kawałku niebieskiego plastiku nasi wschodni sąsiedzi wytłoczyli bajkową czytankę. prawdopodobnie był to dodatek do jakiejś gazety, jak za naszych czasów dodawało się płyty z hitami do „Bravo” i innych kolorowych pism. Słyszałem o takich okazjonalnych wydawnictwach tłoczonych na kartonach, ale nigdy się z takimi nie spotkałem i wątpię żeby wiele przetrwało do dziś; podobno wytrzymywały kilka odtworzeń. Niestety i moja folia jest bardzo delikatna i podatna na uszkodzenia. Kilka zagięć i sfrustrowane dziecko które zrobiło na niej ołówkiem szlaczek, krzywiąc powierzchnię płyty omal ją zrujnowało. O dziwo; da się wciąż odtworzyć! pojawiają się przeskoki, ale zasadniczo brzmienie nie jest wcale takie złe jak mogłoby się wydawać! Głos słychać całkiem nieźle. Nie jest to hi-fi, ale…
Druzgocząca jest sprawność techniczna Rosjan: płytka nagrana jest dwustronnie!!! Nie mam pojęcia jak to jest możliwe.
hey jude
5. The Beatles – hey Jude, Pocztówka Dźwiękowa (M. Kwapińska)
*
Jeszcze jedna polska ciekawostka, pocztówka dźwiękowa z hitem Beatlesów, Hey Jude. Materiał w którym tłoczono również nietypowy, też giętki, ale jeszcze prawdopodobny (w przeciwieństwie do płyty powyżej). Co ciekawe, w Polsce tylko na „pocztówkach dźwiękowych” ujrzały światło dzienne wartościowe kawałki z zachodu, takich wykonawców jak Dylan, Osibisa, Queen, Rolling Stones, John Lennon. Podobno wyszedł również „London Calling” The Clash oraz „Rapper’s Delight” Sugarhill Gang. Niestety nakłady były mikroskopijne, więc zasięg tych utworów wtedy bardzo ograniczony. A gdyby „Rapper’s Delight” był wydany w większym nakładzie, na singlu, kto wie, może doczekalibyśmy się poważnej polskiej sceny rapowej już w latach 80-tych… Władze były niechętne zachodniej muzyce, jednak trafiają się czasem takie perełki.
kucera
6. Vaclav Kucera and his Ensemble – Havaiian Magic, EP Supraphon.
Vaclav Kucera and his Ensemble „Hano Hano”
*
Zacząłem Polskim Murzynem, skończę więc konsekwentnie Czeskim Hawajczykiem. Niejaki Vaclav Kucera nagrał dla Supraphonu EP-kę w konwencji hawajskiej. Hano Hano, Tehe Fehe, Aloha Oe, Nani Ainahau. Choć brzmi zabawnie, to nie czeski. Na szczęście nikt nie gryzł pióra nad tłumaczeniem tekstów na czeski. W serii „Songs From Far Away” ukazały się jeszcze Cuba, Mexico, Tahiti, Indonesia. Zaiste, Vaclav Kucera i jego zespól to prawdziwi światowcy!
Gdy tak sobie nostalgicznie pobrzdękują hawajskie gitary, chciałbym polecić wszystkim miłośnikom hawajskich brzmień na skacowane poranki, ale także tym, którzy jeszcze nie doznali dobroczynnego działania muzyki Tiki wspaniałe internetowe radio Quiet Village: http://www.digitiki.com/.
Do następnego!

Dodaj komentarz

Filed under Z pamiętnika młodego zbieracza

Zawsze na odtwarzaczu vol.4 by Klepz

Przede wszystkim trzeba sobie zdać sprawę, że wybranie 20 numerów podczas gdy na moim ugryzionym jabłku (hejtuj!) ląduje tony przeważnie dobrej i różnej muzyki, jest zadaniem niewykonalnym. Nie mam tak,że zawsze trzymam największych faworytów na odtwarzaczu bo zwyczajnie słucham na zajawce czegoś innego. Ale jeśli już miałbym wybrać te szlagiery które zabrałbym na bezludną, te które najbardziej przekatowałem w karierze, te które zrobiły na mnie największe wrażenie, to skład prezentowałby się mniej więcej tak (z tym, że duży wpływ na selekcje ma to czego słucham współcześnie, rzecz jasna; za rok powinniśmy zrobić nową listę i pewnie byłaby zgoła inna):

1. A Tribe Called Quest – „Check The Rhime”

„You on point Phife? All the time, Tip. You on point Phife? All the time, Tip”. Nie byłbym sobą gdybym nie umieścił na wejściu czegoś z The Low End Theory – zdecydowanie mój numer jeden jeżeli chodzi o długograje Trajbów. Najmniej przebojowy krążek spośród wielkiej trójki, w którą oprócz TLET wchodzą „Midnight Marauders” oraz „Beats, Rhymes & Life”, ale za to najbardziej wciągający i najbliższy jazzowym brzmieniom. Po tym przełomowym dokonaniu, Q-Tip i Phife Dawg nigdy już nie osiągnęli podobnej chemii ,i zrozumienia, o czym dobitnie świadczy właśnie „Check The Rhime”. Swoboda, wyczucie, niezmierzona ilość vibe`u, ATCQ Utra!!!

2. Radiohead – „Paranoid Android”

Kurwa, łapie się na tym,że wrzucam tu nagrania z moich topowych albumów. Wydarzenia na tej płycie (OK Computer) zakrawają o jakieś czary, sztuczki , kontakty z diabłem. Bo jak może imponować zawodzący wokal na tle rozmytych, trwających zazwyczaj po 4, 5 minut produkcji?  Nie pokuszę się o odpowiedź na to pytanie, zapewne jak i wszyscy, którzy uzależnili się od Radiogłowych. „Paranoid Android” każdym dźwiękiem doskonale oddaje kondycję naszych czasów, jest po prostu smutno piękne, powoli narasta by w samym środku kompozycji osiągnąć apogeum. Po punkcie kulminacyjnym następuje moment „oczyszczenia”, a całość zwieńcza mocna, chaotyczna końcówka – bardzo „rockowy” numer. Polecam posłuchać nocą, w pustym pokoju. !.

3. Jamiroquai – „Cosmic Girl”

Mówią, że tylko czarni potrafią  skakać grać funk, taa, mówią dopóki nie wrzucą czegoś z repertuaru Jay Kaya i spółki. Typowy, klubowy wyjadacz. Zręczne połączenie funk`u z disco nie pozwala nam pozostać biernym wysyłając tyłki na parkiet, a w domowym zaciszu świetnie ćwiczy kark. Świat byłby piękniejszy gdyby takie rzeczy grano w miejskiej komunikacji.

4. Jaylib – „The Red”

Przyznaje się, nie znam wszystkiego w czym maczał palce Jay Dee, ale śmiało głoszę pogląd „j dilla changed my life”. Tym bardziej nie jestem w stanie ogarnąć twórczości Madliba bo kto normalny nieustannie przez 20 lat, nie wychodząc z domu, słuchałby każdego dźwięku który wydał ten Koleś?! Jednak pomimo tych braków jestem pewien ,że to właśnie takimi nagraniami jak „The Red”, zdefiniowali brudny, podziemny, alternatywy hiphop, tzw. „raw rap”. A potem po kolei będę Ci puszczał wszystko z „Champion Sound”, żebyś wiedział jak to się robi i dlaczego Ty nie powinieneś tego robić.!

5. Gorillaz – „Clint Eastwood”

Najpierw była fascynacja klipem, już dzisiaj znanymi na cały świat i charakterystycznymi animacjami dla „wirtualnego bandu”. Potem wyczulony na to co dobre umysł nastolatka zaczął pytać o co chodzi z tymi Gorillaz i kto tak naprawdę stoi za „Clint Eastwood”?  Kilkadziesiąt minut istotnie godnej uwagi muzyki otrzymaliśmy od goryli, ale do dziś jestem zdania, że nic nie sięgnęło poziomu singla z debiutanckiego krążka „Gorillaz”. Kapitalnie w melodię rodem z „The Good, The Bad and The Ugly”, wkomponował się z refrenem Damon Albarn. To jeden z tych kawałków, które można słuchać dalej niż do porzygu.

6. Jay-Z – 99 Problems

Historia powstania tego jointa jest legendarna i kultowa. Jay-Z pracując nad materiałem na „Black Album” miał zjawić się w szalonym mieszkaniu ekscentryka Rick`a Rubin`a, gdzie słysząc pierwsze „szkice” i riffy, które stały się podwalinami pod „99 Problems”, przewinął z głowy prawdziwą petardę. Proces twórczy męża Beyonce był znany od dawna, ale to od tego momentu upowszechniło się twierdzenie, że Jay nie zapisuje swoich tekstów, rzucając słowa do majka na „żywca” (nie mamy tu do czynienia z freestylem). Ile w tym jest prawdy, a ile legendy i ile tracków powstało w ten sposób – ciężko ocenić. Ale tylko idiota zawracałby sobie tym głowę. Nie wiem czy jest to najlepszy track Jaya-Z. Wiem jedynie, że jest to jeden z moich absolutnych rapowanych faworytów.

7. Kanye West – „All Falls Down”

Numer z czasów gdy Ye był jeszcze człowiekiem, jednym z nas i nagrywał „ludzkie” kawałki, po mistrzowsku wplatając soulowe sample w hiphopową retorykę. Dziś jest samozwańczym bogiem tworzącym dla „bogów”. Jedna rzecz wciąż pozostaje niezmienna: zarówno w czasach debitu (2004) z którego pochodzi „All Falls Down”, gdy z rapem był „na cześć”, jak i obecnie, zostawiając lata świetlne za plecami rap grę i nieustannie przesuwając jej granicę – Skurwiel za każdym razem potrafi skupić na sobie uwagę słuchaczy jak nikt inny w tym biznesie.  

8. The Clash – „London Calling”

Kiedyś gdzieś pisałem, że dobre, odporne na proces „starzenia”, nagrania, cechuje idealne oddanie klimatu miejsca i czasu w którym były nagrywane. Tak właśnie jest z „London Calling”, ukazującym zniszczony oceanem używek, zmęczony latami 70tymi – Londyn, a i w szerszej perspektywie cały kraj. „The ice age is coming, the sun is zooming in/Meltdown expected and the wheat is growing thin/Engines stop running, but I have no fear/London is drowning, and I live by the river” autentyczny głos wokalu Strummer`a to świadectwo kondycji kulturowego tygla i zwiastun nieuchronnych zmian. Ewoluowała także muzyka The Clash, punk w najczystszym wydaniu, okraszono funkiem, soulem, reggae, ska, a nawet jazzem i elementami popu. Dzięki czemu – pomimo krajobrazu jaki wyłania się z nagrania – jest tu pozytywny wydźwięk i nadzieja.

9. The Roots – „Clones”

Typowym zjawiskiem dla każdego rap zespołu jest posiadanie kawałka o rapie, tzw. rap o rapie, a co bystrzejsi dodają pozostałe, nieodzowne elementy kultury hiphop – bboy`ing, dj`ing oraz graffiti. Najprościej rzecz ujmując, słynne „4 elementy”. Pewnie nie jesteś tego świadomy, ale syn Twojego sąsiada pewnie też ma już swoją „rap.mp3” . Trochę się zagalopowałem, ale rzecz w tym, że przy nawale takich tracków, tylko nieliczni potrafią bezpretensjonalnie oddać ducha i esencję kultury. I na tym m.in. polega WIELKOŚĆ The Roots. Ich wersja „4 elementów” podana w „Clones” z 1996 roku, w klipie złożonym z paru prostych ujęć, to wciąż niedościgniony wzór dla wielu naśladowców. Czuć w tej piosence niezwykłą naturalność, lekkość i „prawdziwość dla gry”. Bez zbędnych pierdół i wybuchów, The Legendary Roots Crew stworzyli nieskomplikowane, magiczne „Clones” – synonim rapu idealnego.

10. The Dave Brubeck Quartet – „Take Five”

Ten utwór debiutował u mnie bodajże w wieku 17/18 lat. I od pierwszych dźwięków oczarował mnie od czubka głowy po małe palce u stóp. Mimo,że Dave Brubeck jest powszechnie uznawany za głównego twórcę klasycznego przeboju „Take Five”, to faktycznie utwór napisał Paul Desmond, a jego gra na altówce jest tu najbardziej charakterystyczna i „robi” ten numer. Jeeeeezus, pół wieku nie zrobiło jazzowej bomie nic, która brzmi tak świeżo, jakby dopasowano ją do dzisiejszych czasów.  Jeśli bralibyśmy pod uwagę swag jako wymiernik stylówki to kwartet Dave`a Brubeck`a wymiata z miejsca współczesne dzieciaki. Pięknie byłoby mieć całe „Time Out” na półce.

Na tym kończę pierwszą dziesiątkę, a na drugą część zapraszam w nieokreślonym as soon as…!

Dodaj komentarz

Filed under Zawsze na odtwarzaczu

Z pamiętnika młodego zbieracza: Odc.2 „Kupujcie polskie rap płyty”

 młody zbieracz
Odc.2 „Kupujcie polskie rap płyty”
Będąc młodym zbieraczem płyt winylowych, przyszła raz do mnie myśl zagadkowa.
„Czemu ludzie kupują jak opętani te polskie hip-hopy na winylach?!”.
W poszukiwaniu odpowiedzi sięgnąłem pamięcią wstecz. Gdy byłem jeszcze nieco młodszym zbieraczem, w czasach wczesnego licealizmu, i mnie samemu oczy błyszczały na widok tylu obiektów kultu rodzimych hiphopowców…
Tytuły takie jak: Muzyka Poważna i Klasyczna, Nastukafszy, Masz i Pomyśl oraz teoretyczna możliwość ich posiadania wzmagała szybkość przepływu krwi w żyłach. Nie wymieniam mitycznych/ potencjalnie istniejących wydawnictw, jak Składanka Wspólna Scena, o której wspomina w wywiadzie dla Ślizgu Krzysztof Kozak, a jaka miała zostać sprzedana, a raczej „zgolona” cytując samego Kozaka, przez Dja Kostka na Allegro za „Piętnaście Baniek”.

Rynek polskich rapowych winyli wygląda dosyć imponująco. Płyty niedługo po premierze znikają całkowicie z magazynów, uzyskując status rzadkości i ceny windują do poziomu między 200 a 400 zł. Allegro miewa okresy istnych przepychanek o niektóre z tych tytułów.

Swoistym przełomem był pomysł niejakiego Tytusa, Właściciela rozpoznawalnej wytwórni Asfalt Records. Po zręcznej akcji marketingowej zapowiadającej tajemnicze wydawnictwo kolaboracji, o której nawet najstarszym rapowym głowom się nie śniło, wydano dwupłytowy album Podostrzyfszy.

Koncept nie najgorszy; eksploatowany do granic możliwości O.S.T.R. tworzy autorski remiks powołanego z zaświatów niedawno projektu Warszafski Deszcz. Co ciekawe, płyta nie miała kompaktowego odpowiednika. Ale informacją absolutnie  szokującą była ustalona bez skrupułów wartość produktu: 213 zł.
Czy za tą zaporową ceną stoi wrodzona przedsiębiorczość Tedego, pewność wysokiej sprzedaży własnych płyt OSTR-a, czy swoisty gest obrony przed resellerami, jakim osłaniał się od zarzutów o chciwość Tytus, ciężko dociec.
Znalazło się sporo mistrzów którzy po usłyszeniu wystrzału od razu popędzili do internetowego sklepu na złamanie karku.
– Kto pierwszy ten lepszy – przekrzykiwano się w tym wariackim biegu po skrajnie powściągliwie wydaną płytę (czarna kartonowa koperta + sticker).
– To ja zgarnę najwięcej egzemplarzy, a potem zbiję kokosy – myśleli inni zapaleńcy.
Na Wikipedii czytamy: „Ściśle limitowana edycja, wytłoczono tylko 400 egzemplarzy.” Ta informacja u co bardziej kumatych wywoła lekki uśmiech. Słowo „TYLKO” wziąwszy pod uwagę cenę, oraz ilość faktycznych odbiorców polskiego rapu na winylach wydać się może wypowiedzianym nieco na wyrost.
Szybki rzut oka na archiwum allegro i nie pozostawiające złudzeń wnioski:
Jeden jeleń nacięty w gorączce na kupno tej produkcji wkrótce po premierze za 280PLN, poza tym… Fenomen! Chyba jedyna płyta z polskiego rapu która na allegro osiąga cenę niższą niż w sklepie!? Przecieram oczy ze zdziwienia.

Co powoduje ten zwariowany pęd?

Nośnik?

Wydanie??

Jakość Brzmienia???

Skrecz????

zadam pytanie retoryczne: ilu z tych, którzy kupują polskie rapsy, jedzie na gramofonie typu Bernard albo Bambino?
[dla niewtajemniczonych dodam, że skreczowanie na tego typu gramofonie jest bardziej niż niewskazane, zresztą i sam odsłuch szybko degraduje płytę].

Co do nośnika mogę przyznać rację: Winyl jak by nie było, od czasów Kool Herca jest kultowym i głównym, acz nie jedynym, nośnikiem muzyki hip-hopowej. Potem taśma magnetofonowa a wreszcie kompakt; wszystkie istotnie wpływały na Kulturę.
Miło jest popatrzeć na tę lśniącą, zazwyczaj czarną powierzchnię, pomacać, poobracać w dłoniach.
Można poczuć tego unikatowego ducha jedności z korzeniami Kultury, przez chwilę być jak Bam albo Dj Premier.
Jednak dzisiaj oryginalnym nośnikiem większości produkcji jest CD (choć zastępowany coraz częściej niematerialną mp-3). To CD wychodzi w dniu premiery materiału, długość trwania muzyki i brzmienie dostosowana jest do standardów kompaktu.

Dalej zaczynają się schody.
Wydania Polskich płyt hiphopowych zdają się podążać za myślą purytańską. I nie mówię tu o uroczej Jamajskiej skromności (związanej z budżetem), czy Norweskim zamierzonym obskurantyźmie.
Duża część z tych płyt jest wydana po prostu niechlujnie. Okładka drukowana z rozciągniętego na siłę pliku źródłowego (projekt docelowo na kompakt), Często brak pełnej szaty graficznej, dostępnej w booklecie dołączanym do CD. Przekłamania kolorów, kiepska łamliwa tektura, rażąco duże, doklejone na siłę znaczki instytucji zaprzyjaźnionych. Praktycznie brak w polskim rapie winyli wydanych w zgrabnym gatefoldzie [dla niewtajemniczonych: okładka rozkładana].
Nie chodzi mi o fajerwerki, ale o niezbędne minimum, które pozwala cieszyć się z obcowania z materialnym wydaniem. I przede wszystkim niech pozwolą (każą) tym samym projektantom od kompaktu zaprojektować okładkę wersji analogowej! Wytwórnie, nie oszczędzajcie na dizajnerach!

Bardzo dobry EP Łony i Webbera Insert… Kto wpadł na durny pomysł drukowania imitacji powierzchni szarego kartonu na gładkim kredowym papierze? Serio, jestem przekonany że sitodruk (szata graficzna ma tylko jeden kolor) na prawdziwym szarym kartonie byłby nie dość że tańszy to jeszcze tysiąc razy bardziej efektowny wizualnie.

Przypomina mi się przykład płyty, na którą miałem niegdyś ochotę, mianowicie winylowe wydanie Zamachu na przeciętność Mesa. Oryginalna okładka kompaktu sama w sobie jest już nieco z dupy. Rozmydlenie zdjęcia miało sugerować obraz z telewizora. No super. Gdy sobie wyobrażam to w powiększonej jeszcze skali, na błyszczącym papierze, aż mnie dreszcz obrzydzenia przebiega.

Płyta wkrótce, o ile nie w dzień po premierze została całkowicie wyprzedana, i już po chwili można było znaleźć egzemplarze o 100 zł droższe na Allegro.
Na moje nieszczęście przespałem dzień sprzedaży i musiałem obejść się smakiem. Ale gdy się wczytałem w opis płyty nieco bardziej, zauważyłem, że jest to wydanie jedno-płytowe, na którym zmieściło się mniej więcej 2/3 oryginalnego materiału, pomijająca m.in. błyskotliwy „Co jest Warte uwagi” oraz humorystyczne skity, nie mówiąc o bonusowym (w sumie lepszym) krążku z rozszerzonej edycji kompaktowej.
To kolejna ułomność dziesiątek rapowych (i nie tylko) wydań. Okrojona i to nieraz bardzo znacznie tracklista. Jaki jest sens kupowania mniej za więcej? Podkreślam, że ceny nowych płyt winylowych są u nas jeszcze średnio dwa-trzy razy wyższe niż kompaktu, pomijając oczywiście proceder resellingu.

Może więc to jakość brzmienia jest tym, co skłania do takiego wyboru i stosunkowo dużego popytu na rapwinyle?
W teorii winyl ma nieskoczenie wyższą dynamikę brzmienia niż kompakt, który jest z góry napiętnowany częstotliwością cyfrowego próbkowania. W praktyce nie jest tak kolorowo, bo są jeszcze do tego prawa fizyki, więc jakby komuś zażyczyło się mieć tłusty bas rozciągnięty na szerokość całej płyty, najpewniej zamiast basu usłyszy równie niski, ale nieco mniej przyjemny przydźwięk „jeb” gdy igła raptem wyskoczy z rowka i z całym ciężarem ramienia upadnie kawałek dalej.
Ale prawdą jest, że winyl może brzmieć lepiej niż kompakt. Nie mam wątpliwości.
Jednak weźmy to na zdrowy rozsądek: gdy producent robi bit cyfrowo, raper rejestruje na mikrofonie podłączonym do komputera zamiast taśmy; ile w tym dźwięku może być słynnego analogowego ciepła i miękkości? To wszystko jest bardzo ograniczoną imitacją. Nie ta technologia, nie ta muzyka.
Przykłady z życia pokazują, że płyty z polskim rapem mają karykaturalnie przerysowany bas (czy nie można sobie podkręcić samemu na wzmacniaczu?),  odstające wysokie tony, często nienaturalne/zaklajstrowane brzmienie. Zdarza się, że jakość tłoczenia też pozostawia wiele do życzenia. Czesi, bo to u nich tłoczy większość, nie słyną ze skrajnej precyzji. Kilka osób narzekało na przykład na Coraz Gorzej Afrontu, który,  na winylu zmieścił całą długość oryginalnego albumu (co się akurat chwali), jednak wymusiło to tak gęste upchanie rowka, że połączeniu z życzeniem dużej dynamiki powoduje częste wypadanie igły ze ścieżki.

Jest jeszcze jedna dyskusyjna kwestia… Rozdziewiczasz sobie spokojnie nowy winyl  Twoja igła już od początku zbiera sporo trzasków. Nie, to nie elektrostatyka. To po prostu sampel winylowego trzasku. Wiem, że utwór ma mieć jakiś nakreślony przez producenta klimat… Ale winyl z czasem nabędzie swój unikatowy, niepowtarzalny trzask. Po co sztucznie ten proces imitować?

Winyl wymaga osobnego, kosztownego przygotowania.
Kto ma uszy niechaj słucha.

Chyba, że to wyjątkowa muzyka sprawia, że tylu ludzi gotowych jest płacić krocie za te perełki?
Lubię polski rap, ale jakich kryteriów by nie przyłożyć, brakuje mu lat świetlnych do poziomu tej muzyki w jej ojczyźnie. Idąc dalej: chyba trzeba mieć klapki na uszach, żeby wypróżniać portfel na jakiś marny rapik, gdy rzeczywistość wokoło aż kipi od GENIALNYCH  płyt całej maści różnych prądów, gatunków i rzeszy wykonawców, począwszy od bliskiego rapowi funku, na nieco bardziej poważnej muzyce poważnej kończąc. Są różne zajawki kolekcjonerskie, ale amuzyczną fiksacją jest zamknięcie się wyłącznie w polskim rapie.

Mając do wyboru również rzadkie, ale poszukiwane i doceniane na całym świecie (zresztą nie bez powodu, bo po prostu wielokrotnie bogatsze muzycznie) wydawnictwa z rockiem, jazzem lub bluesem, a porównywalne cenowo nasze zaściankowe rarytasy… raczej nie mam wątpliwości co wybrać.
To co zawdzięczam rapowi to dużą otwartość na różnorakie zajawki muzyczne.

Groteską jest patrzeć na profile kolekcji niektórych amatorów polskiego rapu, którzy skwapliwie zamieszczają w internecie zdjęcia prezentujące ich dorobek starannie ułożony na tureckim dywanie lub gustownych panelach podłogowych. Wierzcie, lub nie, widziałem trochę takich zdjęć.
Nie chcę studzić zapałów ani zanadto krytykować, wszak od czegoś musicie zacząć. Ale dla czego po kupieniu niskobudżetowego CD Greatest Hits Milesa Davisa, czy innego Prince’a lecicie od razu po winyl Jak Nie Ty To Kto? ?!

Wyjątkiem na tle tego smutnego pejzażu jest ekipa Junoumi. Kilkoma wydawnictwami z serii Junoumi udowodnili, że winyl to nie jest bezzasadny, wydumany kult. Na ich płytach (Junoumi 1-3 były tłoczone na kolorowych winylach) słuchacz znajdzie niepublikowane nigdzie indziej utwory czołowych polskich wykonawców.


Rzec można że każde z tych wydawnictw gromadzi śmietankę nad i pod-ziemia. Nie było mi dane sprawdzić jakości brzmienia tych nagrań, ale ufam że ludzie z taką zajawką podeszli do pracy odpowiedzialnie.
Chociaż nawet im zdarzają się knoty, jak wspomniany „Zamach…” , który powstawał z ich współudziałem.

Również reedycje klasyków z polishvinyl.com wyglądają całkiem uczciwie: wydane w gatefoldzie Nastukafszy, czy Archiwum Kinematografii, albo Skandal. Są to płyty niewątpliwie zasługujące na wydanie ich w godziwej formie.

Muszę przyznać, że wspomniany już Asfalt prezentuje też czasami wyższą niż przeciętnie jakość. Do miłych gestów z jego strony należy dołączanie ksiązeczki z kompaktu do winylowych wydań niektórych płyt (np. Season One), czasami plakat lub gratisowy sticker. TO wszystko cieszy oko kolekcjonera. Często też  wypuszczane analogi zaprojektowane i wydane są z należytą dbałością.

***
Obserwując przez pewien okres to specyficzne zjawisko zwane polskie winyle z rapem, doszedłem do wniosku, że zbieraczy faktycznie zainteresowanych posiadaniem tych płyt jest nie więcej jak połowa z ogółu kupujących. Reszta ostrzy sobie zęby na łatwy zysk z resellingu. Tacy kupują po 3 lub więcej egzemplarzy i odkładają na półkę (często nawet nie za bardzo wiedzą jak należy trzymać płyty, stąd na aukcjach można naciąć się na płyty opisywane jako „nowe”, a faktycznie posiadające rysy, zagniecione lub rozklejone okładki). Oczywiście  duży odsetek tych ludzi w życiu nie miało gramofonu.
Myślę, że zdarza się, że płyta zakupiona świeżo ze sklepu ląduje na aukcji a potem już z dodaną wartością kupuje ją kolejny reseller (który ma nadzieję na jeszcze wyższy zysk). To już ma znamiona procederu manipulacji. Niemniej wąskie środowisko zajawkowiczów/bananowych biznesmanów lubi się wzajemnie niezmiernie, zapewniając ciągły przepływ pieniędzy, wzbogacający prawie każdego.
Duża sprzedaż oraz rosnąca ilość dostępnych (i niedostępnych) tytułów pokazuje dobitnie, że zapotrzebowanie na rodzimy rap na winylach nie słabnie.
„Warto oryginalny nośnik mieć” słuchajcie Dono, on Wam dobrze radzi.
Jak nie pogubić się w gąszczu spekulacji, manipulacji, powszechnej gorączki i cenowej padaczki?
Rozumiem zajawkę, ale czasem warto zajawkę wziąć pod włos rozumem.

Dodaj komentarz

by | 14 stycznia 2013 · 21:02

Z pamiętnika młodego zbieracza: Odc.1 „Rozczarowania”

młody zbieracz

 

Będąc młodym zbieraczem płyt winylowych, przyszła raz do mnie długo wyczekiwana paczka zza oceanu.
Gdy posługując się niezgrabnie wypisanym awizo wreszcie odbierałem przesyłkę z okienka na Poczcie Głównej, serce chciało wyskoczyć mi z klatki. Drżącymi rękoma przeszukałem kieszenie, mając nadzieję natrafienia na jakiś ostry przedmiot którym będę mógł uwolnić drzemiące wewnątrz paczki moce. Klucz do mieszkania nadaje się idealnie – przyznacie sami. Szara taśma poddała się nie bez walki, ale wkrótce mogłem już wyjąć zawartość opakowania.

Pierwsza pokazała się intensywnie czerwona i połyskująca w promieniach Słońca okładka „Modern Sounds in Country and Western Music” Raya Charlesa. Amerykański longplay o kultowym statusie, wydany w 1962r.

http://earphoneadventures.files.wordpress.com/2012/06/ray-charles-modern-sounds-in-country-and-western-music.jpg

Zdjęcie muzyka znajdującego się w ekstatycznym transie zdawało się doskonale odzwierciedlać mój nastrój. Porządnie wydany album, z solidną, piękną okładką, ciężką i świetnie brzmiącą płytą.

Po chwili, tuż za nią dostrzegłem coś co wzbudziło moje podejrzenia.
Ta druga (dużo rzadsza i bardziej wyczekiwana) płyta miała wszak, nie jak poprzednia, błyszczącą, laminowaną, a MATOWĄ okładkę!!!

https://i0.wp.com/ecx.images-amazon.com/images/I/41yLl37RFpL.jpg

Jest to arcydzieło bluesowego mentora: Johna Lee Hookera „It Serve You Right To Suffer” z 1966 roku. Sześć nasyconych, nagranych w kameralnym składzie elektrycznych kompozycji.

Jak to może być; zachodzę w głowę – przecież oryginalne amerykańskie Impulse’owskie wydania
z lat 60-tych wszystkie były laminowane… A sprzedawca przecież zarzekał się, że to nie jest absolutnie żadna reedycja.
Narastający od samego rana entuzjazm ustępował chłodnej fali zaniepokojenia.
Mało tego – róg okładki odcięty – na znak wyprzedaży w amerykańskich sklepach płytowych [ta barbarzyńska praktyka, popularna szczególnie chyba w latach 70-tych to „cut-out”, coś jak obrzezanie płyty, której nikt nie chciał].
Karton z jakiego zrobiono okładkę też jakiś taki dziwnie chudziutki…
I ten zaskakujący napis u góry: „Stereo” zamiast „Mono”.
Lekkie przytarcia na krawędziach nie są mnie w stanie już zmartwić. Zaglądam do wnętrza, ale już tylko po to by przybić ostatni gwóźdź do trumny w którą schowałem swoje nadzieje.
Koperta wewnętrzna o szarozielonym odcieniu a wreszcie gradientowy Label z napisem ABC zamiast typowego „4 I” Impulse’a; na wiotkiej i cieniutkiej, zamiast sztywnej i grubej płycie; przesądzone. Dostałem okruch szczęścia: pajda przeszła mi pod nosem.

Rozczarowanie – kamień na który natrafiają nasze kolekcjonerskie zakusy. Jedni powiedzą: co do cholery, chciałeś mieć tą płytę, czy nie?
Owszem że chciałem, ale zgodnie z tym co opisał sprzedający, już wybudowałem sobie wyobrażenie mojego pierwszego kontaktu z ta perełką. I to miała być perełka! To co przyszło to była namiastka, substytut, tani zamiennik, imitacja; wznowienie.
-Ale przecież liczy się muzyka! – kontynuuje racjonalista. I tu dochodzimy do sedna;
-TAK, liczy się muzyka…

…tak, ale… Kolekcjonerom tłumaczyć nie muszę, ale powiem to dla niewtajemniczonych. My, zbieracze nie jesteśmy do końca normalni. Kolekcjonowanie to coś jak mania, fiksacja umysłowa, upośledzenie. Nie ma się czym chwalić, taka jest przykra prawda.
My zwracamy uwagę na tysięczne szczegóły; ale jednym z kluczowych jest WYDANIE. WYDANIE, które powinno być ORYGINALNE, czyli PIERWSZE; to takie, które pochodzi z kraju w którym zarejestrowano materiał, oraz fizycznie zostało wykonane w roku premiery, w szerszym znaczeniu to również szereg innych cech (oraz wyjątków), ale mówiąc najprościej tak to wygląda. Zatem każde kolejne wydanie to (poza wyjątkami ma się rozumieć) niepełna przyjemność posiadania. Dla tego płaci się za nią zazwyczaj proporcjonalnie mniej. Ale w momencie gdy nastawiłem (napaliłem) się na PIERWSZE WYDANIE a dostałem reedycję, popadłem w dziwne odrętwienie. Bo z jednej strony to rozpromieniająca świadomość, że oto mam wymarzony krążek, którego wszyscy bez wyjątku będą mi od teraz zazdrościli, a z drugiej strony gorzkie rozczarowanie, smutek i poczucie bycia wykorzystanym, bo płyta odbiega od wyśnionego ideału. Podobnego uczucia muszą doznawać rozpieszczone bachory które molestują swoje matki o klocki LEGO a dostają jakieś ELEFUNY. Niby da się składać…

W internetowej dżungli najłatwiej o rozczarowania; ile to razy zdarzyło mi się, że rzekomo „bardzo dobry stan” to był taki, że rysa rysę rysą pogania…
Albo przyślą Ci inną płytę w innej okładce, albo w ogóle zapomną o jakimś krążku wśród natłoku innych zamówień.
To w sumie tak bardzo nie boli – dosyć łatwo rościć o zwrot kosztów (lub części kosztów).
Gorzej gdy jakiś pacjent zapakuje rzadkie wydanie w folię i gazety; intencje niby dobre, ale drżyjcie polskie płyty o cieniutkich papierowych okładeczkach. Wszystkie rogi pomięte , okładka zrujnowana, kolejna płyta z nakładu zdegradowana ze swoim stanem – i kogo obwiniać? Chociaż muszę powiedzieć że w tym temacie i Poczta Polska ma swoje niepodważalne zasługi.
Gdy byłem jeszcze młodszym zbieraczem, zamówiłem pewnego razu „Electric Ladyland” Hendrixa. Oczywiście wyszukałem dla siebie na aukcji brytyjskie wydanie z bardzo atrakcyjną okładką (której ponoć sam Jimi nie lubił – ???)

https://i0.wp.com/www.realroots.co.uk/wp-content/uploads/2010/05/ELL.jpg

Piękny album nie dość że okazał się [nieco] późniejszym wznowieniem, to jeszcze miał dosłownie wszystkie rogi tej ślicznej, dwuskrzydłowej okładki zagięte, mimo naprawdę solidnego opakowania. Tak więc cierpią te biedne, nagie połamane niewiasty na mojej półce;
choć jestem pewny że lepiej im tam, niż w śmierdzącym pocztowym worze.
Pan pocztowy, wysoki, wątłej budowy mężczyzna o obfitym wąsie powiedział, że oni tu nie mają w zwyczaju zwracać uwagi na takie rzeczy, gdym mu ze łzami w oczach pokazywał na kilka jaskrawych naklejek na paczce informujących, że „Fragile” i że należy zachować szczególną ostrożność.
Co kraj to obyczaj.

Tak bracia zbieracze, rozczarowania to nasz chleb powszedni i trzeba się z tym pogodzić.
Jak dobrze, że chociaż hajs się zgadza…

P.S.
sprzedawca zwrócił mi część kosztów, a płyta brzmi przepięknie, to wspaniale zachowane bardzo dynamiczne tłoczenie . Koniec końców rozczarowanie jakoś tam rozeszło się po kościach, zostawiając niekłamaną radość konsumpcji.

Dodaj komentarz

Filed under Z pamiętnika młodego zbieracza

Ravi Shankar (1920 – 2012)

Wczoraj opuścił nas Ravi Shankar. Wirtuoz sitaru, nauczyciel i inspiracja. Zostawił po sobie bogatą dyskografię oraz piękne i utalentowane córeczki: Norah Jones i Anoushkę Shankar. Zdarzają się w naszym życiu muzycy, którzy zmieniają nasze postrzeganie na świat. Jednym z takich był dla mnie Ravi Shankar. Odkąd usłyszałem po raz pierwszy elementy Indyjskiej ragi w utworze „Within You Without You” (z płyty Beatlesów „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”), chciałem już zawsze wracać do tego magicznego, spokojnego ogrodu, w którym cały zewnętrzny świat nabiera widocznej harmonii i zgodności. Wprawdzie nie Ravi gra w tym utworze, a Harrison, który uczył się warsztatu u Mistrza. I po nitce dotarłem do kłębka – wprost do egzotycznie i niebanalnie pięknych nagrań Shankara z jego solowych wydawnictw.
Dla mnie jest to muzyka ukojenia, pogodzenia z losem, a wreszcie zdrowego dystansu i radości.

Proponuję zobaczyć Raviego w akcji – bo muzyka pozostanie zawsze żywa. To świetnie zrealizowane nagranie zarejestrowane na festiwalu w Monterey, podczas hippisowskiej eksplozji Lata Miłości 1967. Uważne oko dostrzeże kilku kluczowych dla historii rocka wykonawców siedzących wśród zahipnotyzowanej widowni.

———————————————-
Dziwnie zbiega się czas odejścia Geniusza z tymi wszystkimi rumorami o końcu świata; Ale to czego uczy nas Ravi poprzez swoją muzykę to to, żeby nie popadać w skrajne emocje, nie dawać się zastraszyć ani ponosić negatywnym uczuciom. Dla tego już teraz można zobaczyć Słońce wyglądające zza chmury.

———————————————–

NapoleonPL

Dodaj komentarz

Filed under Newsy